niedziela, 1 maja 2011

Bleach - Abunai Tora

Rozdział 1
Sklep Urahary

Karmazynowe słońce królowało wśród pomarańczowych chmur, stykając się z horyzontem na czerwonym niebie. Czas mijał wolno a chmury prawie się nie poruszały, gdy na niebie ukazał się klucz lecących ptaków. To był jeden z tych zachodów, które uwielbiał oglądać Abunai leżąc na pagórku pośród zielonej trawy. Wiatr lekko łaskotał go po twarzy w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Gdy tak leżał zawsze pogrążał się w myślach, czy też marzeniach...
Słońce zaczęło szybko zachodzić za krzywym horyzontem, który tworzyły dalekie góry. Nim się spostrzegł na niebie pozostała jedynie łuna pomarańczowego światła. Jednak on był zbyt zadumany by to spostrzec.
- Tora!! - rozległ się krzyk – Nie leń się dzieciaku i wstawaj do roboty!!
Abunai westchnął. Był typem marzyciela a oni karzą mu pracować. Westchnął jeszcze raz. Dźwignął się z ziemi i otrzepał spodnie, patrząc ostatni raz w stronę znikającej szybko łuny. Obrócił się w stronę krzyczącego i zaczął wychodzić na górę, by stanąć przed wyższym o głowę nieogolonym facecie około czterdziestki. Nie był on jego ojcem, ani wujkiem czy kimś kogo znaliby za życia jego rodzice. Po prostu zajął się biednym małym Abunai'm Torą kiedy jego rodzice zginęli w wypadku samochodowym.
Miał wtedy sześć lat więc niezbyt ich pamiętał po dziesięciu długich jesieniach.
- Wołałeś wujku? - mimo iż nie byli spokrewnieni tak go nazywał, od dzieciństwa.
- Taa... jasne, że wołałem! Ale ty wolisz oglądać te cholerne zachody słońca, więc nie zdziw się jak pewnego dnia nie będziesz miał co jeść!
- Przepraszam... - zgiął się w pół tak, że był teraz o połowę od niego niższy.
- Dobra, nie ważne. Pomóż mi z tym wózkiem, jutro święto więc powinno nam się udać sprzedać sporo posążków Buddy w centrum. - zaczął mamrotać pod nosem ciągnąc wózek, który pchał Abunai. Byli na obrzeżu miasta o nazwie Karakura, może nie była to metropolia ale też nie wieś.
Głównym źródłem utrzymania Tesu Isumi, opiekuna Abunai'a była sprzedaż różnych rzeczy, zależnie od okresu. Jeśli było to jakieś buddyjskie święto sprzedawał posążki Buddy i święte zwierzęta, jeśli zbliżały się jakieś egzaminy szkolne, sprzedawał amulety, które miały wspomóc uczniów przy testach. W innych przypadkach były to naszyjniki, czy biżuteria z innych kultur.
Zrobiło się ciemno, gdy po podjeździe dla inwalidów dotarli do pierwszej jezdni.
- Gdzie będziemy spać? - zapytał nastolatek, naciągając rękawy brązowej kurtki, był zmęczony i robiło mu się zimno.
- Gdzieś na pewno. - odparł bardziej zaabsorbowany natężonym ruchem niż słowami podopiecznego. Gdy przejechał ostatni samochód wciągnął wózek na ulicę. Abunai zatrzymał się, gdy ten sam ciągnął ciężki, wyładowany po brzegi wózek.
Chłopak poczuł coś dziwnego, daleko od siebie na ciemnym niebie zauważył jak rozrywa się ono w przestrzeni i coś wychodzi z tej dziury... nie widział tego wyraźnie było jakby za mgłą. Poza tym był wieczór, a słońce dawno już zaszło.
- Abunai!! - krzyknął Tesu.
- Idę! - odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę wózka. Jednak nim tam dotarł z zakrętu wypadł pędzący samochód, który uderzył centralnie w Tesu i wózek za którym stał Abunai... jednak on zdążył przesunąć się tak, że miał największe szanse na przeżycie.
Poczuł piekielny ból w prawej części ciała, zakrztusił się własną krwią... otworzył oczy. Zobaczył czerwony ślad na czarnym asfalcie... zapewne tak go odrzuciło. Wózek był całkowicie zniszczony a posążki rozbite na tysiące kawałków. Widział na czerwono, oczy miał zalane krwią. Dalej leżał Tesu z martwym wyrazem twarzy. Jego oczy patrzyły się w przestrzeń i były... puste.
Abunai podciągnął się na łokciach by doznać piekielnej fali bólu. Zaczął kaszleć krwią.
- Tesu...
Chciał doczołgać się do niego, musiał to zrobić. Kierowca pewnie nawet nie zauważył, że przejechał dwóch ludzi i skasował wózek. Krztusząc się krwią i sycząc z bólu doczołgał się do niego, by po chwili stracić przytomność.
**
Renji odesłał właśnie pustego tam, skąd przylazł. Ruszył z powrotem wchodząc na obrzeża Karakury, gdy zobaczył jak pewien samochód potrąca faceta i jakiegoś dzieciaka. Zaczął biec w ich stronę, gdy dotarł na miejsce chłopak, który się ruszał stracił przytomność. Stwierdził, że jego towarzysz jest martwy, nigdzie nie było jego duszy, więc wiadome było, że udała się ona prosto do Społeczności Dusz. Abarai ruszył w tylko sobie znaną stronę.
**
Otworzył gwałtownie oczy, zamiast nieba, którego się spodziewał zobaczył sufit. Zupełnie jakby był w jakimś pomieszczeniu. Szpitalu?
- O... obudziłeś się już nasz niespodziewany gościu! - zawołał wesoło dziwny facet z równie dziwnym kapeluszem, spod którego wystawały blond włosy, a który w ręku trzymał wachlarz. Abunai poderwał się do siadu, dziwnie nic go nie bolało.
- K.. Kim jesteś!? - był przestraszony, to wszystko tak nagle się stało.
- Iii... spokojnie, jestem Kisuke Urahara seksowny właściciel tego skromnego sklepu. - rzekł po czym rozwinął wachlarz i zaczął się nim wachlować przykrywając część twarzy. - A ty jak się nazywasz?
- Abunai... Abunai Tora. - na początku nieśmiało, lecz później dumnie odpowiedział na zadane pytanie. Gospodarz przestał nagle poruszać ręką, Abunai ledwo spostrzegł, że zmarszczył brwi. Kisuke opamiętał się i wrócił do czynności.
- Urahara – san! - rozległo się wołanie, do pokoju wpadł wysoki chłopak z czerwonymi włosami z twarzą pokrytą czarnymi tatuażami. - co z tym dzieciakiem?
Zapytał a później podążył za wzrokiem gospodarza, który złożył już wachlarz.
- Ktoś ty? - spytał Abunai patrząc się dziwnie na równie dziwnego jegomościa.
- Abarai Renji... a ty?
- Abunai Tora. - westchnął. - Co z Tesu!? - przypomniał sobie nagle z kim wtedy był i co się właściwie stało.
- Cóż... jakby ci to powiedzieć... - zaczął cicho Urahara. Abunai skulił się, wiedział że jego opiekun jest martwy, wyczuwał to w głosie tego dziwnego mężczyzny, i jeszcze ten dziwak patrzył na niego współczującym wzrokiem. Skulił się i zamknął oczy, nie płakał... nie umiał.
- Przykro nam, Tora – san. - rzekł Kisuke, między nogami Renjiego przeszedł czarny kot i podchodząc do chłopaka władował mu się na nogi. Abunai machinalnie zaczął go głaskać.
- Yoruichi – san... - Urahara wydał się zdziwiony zachowaniem kota. Ten otarł się głową o rękę chłopaka domagając się więcej pieszczot z jego strony.
- Niesamowite. - stwierdził blondyn na powrót rozwijając wachlarz.
- Niby czemu? Zwykły kot. - stwierdził Abunai z wzrokiem utkwionym w drewnianej podłodze.
- Abarai – san, byłbyś tak miły i zajął się naszym gościem? - zapytał czerwonowłosego i nie czekając na jego odpowiedź opuścił pomieszczenie. Renji podrapał się po głowie i siadł naprzeciwko Tory.
*
Kisuke bardzo zdziwiło zachowanie jej przyjaciółki.
- Czyżby kocia karma strzeliła jej do łba? - szepnął do siebie. Uśmiechnął się lekko na samą myśl Yoruichi która zjadła ostatnio kocią miętkę podrzuconą przez Jintę do jej miski.
- Szefie, co to za dzieciak? - zapytał niski chłopiec z czerwonymi włosami.
- Jinta – kun? - odezwał się nieprzytomnie, po czym dodał – och... to Abunai – kun.
Po czym udał się do swojego pokoju by się upewnić pewnej rzeczy. Nazwisko chłopaka przypomniało mu o czymś, ale jemu jak zwykle wyleciało z głowy co oznacza, bądź raczej do kogo należało. Najchętniej sprawdziłby to w obszernej bazie danych, ale do takowej nie miał już dostępu.
*
- Jak się czujesz? - zapytała go rudowłosa dziewczyna z niebieską spinką przypominając kształtem kwiat.
- Całkiem, całkiem. - odparł, jednak jego organizm się sprzeciwił i chłopak chwilę później zaczął kaszleć krwią, trzymając się kurczowo za brzuch.
Boli...
Inoue, jak nazywała się dziewczyna natychmiastowo położyła chłopaka na macie i dotykając spinki krzyknęła Sōten Kisshun! z której wyleciały dwie wróżki i okrążyły chłopaka tworząc pomarańczową kapsułę, w której się znalazł.
Patrzył na to z zdziwieniem, trochę się przestraszył. O dziwo poczuł jak ból ustępuje aż wreszcie przestał go w ogóle czuć. Wtedy wróżki wróciły do spinki a kapsuła znikła równie szybko jak się pojawiła.
- Co to... - zapytał zaintrygowany.
- Och to moja moc! To jest Sześć Kwiatów Tarczy Hibiskusa. Dzięki nim mogę leczyć. - zawołał podekscytowana. - Już nic cię nie boli, prawda Abunai – kun? - była bardzo zadowolona z siebie.
- Nie... dziękuje. - uśmiechnął się lekko wracając do siadu. Yoruichi siedziała metr od niego myjąc łapki. Abunai bardzo lubił koty toteż od razu się w niej zakochał. - Głowa mnie trochę boli. - rzekł w końcu masując skronie.
- No cóż... to... może się połóż a ja nie będę przeszkadzać. - zawołała entuzjastycznie po czym wstała gwałtownie, aż zafalował jej biust.
- Yoruichi – san! - zawołała na kota, żeby wyszedł razem z nią.
- Może zostać. - stwierdził chłopak po czym dziewczyna wyszła. Położył się na materacu, gapiąc się bez celu w sufit. Przypomniał sobie o czym rozmawiał z tym czerwonowłosym, Renjim.
Powiedział mu, żeby się nie przejmował, był pewny, że jeśli Abunai zrobi ładne oczka do Urahary ten pozwoli mu zostać w sklepie. Potem dodał przybity, że Abunai będzie musiał sprzątać zaplecze, tak jak to jemu każą.
- Co ja teraz zrobię... - szepnął cicho, chwilę później poczuł nacisk na klatkę piersiową.
Spojrzał na dół, nie chciało mu się podnosić. Zobaczył kota który stał na nim i machał ogonem. Patrzył intensywnie na niego swymi żółtymi oczami. Chłopak uniósł rękę i lekko poklepał kota po głowie. Yoruichi położyła się na nim i ocierała głowę o spód jego ciepłej ręki.
- Yoruichi – san! - rozległo się wołanie, kot gwałtownie spojrzał w kierunku drzwi i nadstawił uszu. - Musimy porozmawiać. - głos stawał się coraz głośniejszy aż nagle w drzwiach staną blondyn. - Cóż... to było do przewidzenia, że cię tutaj znajdę. - rzekł po czym wszedł do środka.
Abunai podpierając się na rękach usiadł, a kot sturlał się do jego nóg do góry brzuchem. Przewrócił się na nogi i otrzepał.
Urahara bacznie się przyglądał chłopakowi. Według niego miał dziewczyńską urodę. Delikatne rysy twarzy, które okalały lekko poczochrane brązowe włosy. Całość dopełniało rozmarzone spojrzenie brązowych oczu. Kisuke usiadł naprzeciwko chłopaka.
- Och... Yoruichi – san... nie mogę uwierzyć, że zdradzasz mnie z tym brunetem! - złożył zażalenie pociągając nosem. Abunai uśmiechnął się lekko, by później zastąpić go szokiem, zaraz po tym jak usłyszał:
- Tylko dlatego, że ty Kisuke jesteś blondynem a on ma słodkie oczy. - odparła kocica niskim tonem mrużąc ślepia.
- J-Jak to... - wyjąkał Abunai, nie mógł uwierzyć, że kot mówi! Ale zaraz potem przypomniał sobie o dziewczynie, która uleczyła jego rany. To była jakaś magia...
- Och... nasza kochana Yoruichi nie jest kotem, ona tylko uwielbia przebywać pod tą postacią. - wyjaśnił wesoło Urahara. Abunai popatrzył na kocice i przeniósł ręce do tyłu.
- Kisuke... musiałeś mu o tym mówić? Teraz nie będzie mnie głaskał... a ma takie ciepłe i miłe ręce... - rozmarzyła się kocica i otarła głową o brzuch chłopaka.
Ten wolno, patrząc bacznie, zbliżył do niej rękę, jakby miała zaraz się przemienić w okropne babsko i go zjeść. Jednak gdy dotarła do aksamitnej sierści pogłaskał ją po grzbiecie.
- Dziwnie się zachowujesz Yoruichi – san. - stwierdził Kisuke. Nigdy nie widział przyjaciółki, która by pozwalała się komukolwiek dotknąć.
Przestała się ocierać o rękę chłopaka i zesztywniała, usiadła między jego nogami i spojrzała na Kisuke.
- Jesteś zazdrosny? - zmrużyła oczy.
- Ja? A gdzie tam. Ja się jedynie martwię o ciebie. - sprostował. Miałby być zazdrosny o tego chłopaka?
Yoruichi prychnęła i położyła się.
- O czym chciałeś porozmawiać? - zapytała. Kisuke popatrzył znacząco na Torę, a ta uniosła łeb. - No?
- Ach... zdaje mi się, że nasza rozmowa nie potrzebuje świadków. - stwierdził gospodarz. Abunai podpierając się wstał z podłogi, kocica również się zerwała i popatrzyła na niego przenikliwie.
- Nie będę przeszkadzał. - po czym wyszedł za drzwi zasuwając je lekko. Podrapał się po głowie. Gdzie ma niby iść? Jest tu pierwszy raz w życiu. Skierował się przed siebie podążając za odgłosami.
- Dalej darmozjadzie! Pominąłeś tę kupkę kurzu!! - gdy tam dotarł zobaczył Renjiego, którym pomiatał młodszy od niego chłopak z czerwonymi włosami.
- O... Abunai – kun. - odezwała się dziwna dziewczynka z dwoma czarnymi kucykami po obu stronach głowy i dziwną grzywką. Chłopak zaprzestał męczenia Abaraia i skierował całą swoją uwagę na Torę.
- No co tak stoisz! Miotła w łapy i zamiataj podłogę! - krzyknął chłopak.
- Jinta – kun... Inoue - san mówiła, żeby go nie przemęczać... - rzekła melancholijnie dziewczyna. Chwile potem chłopak stał za nią ciągnąc ją za włosy.
- Jinta – kun! To boli!
- Mówiłem nie przeciwstawiaj mi się!!
- Ej! Zostaw ją. - oburzył się Renji, a chłopak zastygł. Ściągnął brwi i obracając się w stronę biednego Abaraia krzyknął:
- DO ROBOTY DARMOZJADZIE!!
- Ojojoj... - w drzwiach ukazał się Urahara z twarzą ukrytą za wachlarzem.
Abunai obrócił się do tyłu. Stał teraz kilkanaście centymetrów od niego i był niższy o głowę. Wszyscy patrzyli na gospodarza, czekali na to co powie. Koło jego nogi Abunai zauważył Yoruichi, gdy ta się spostrzegła, że ten na nią patrzy pomachała ogonem.
- Abarai – san... nie zdaje ci się, że ostatnio coś spokojnie w mieście?
Renji zrobił zdziwioną minę i wyciągnął komórkę z kieszeni.
- O cholera! Bateria się rozładowała! - krzyknął zdesperowany i pobiegł ją naładować.
- Jinta – kun, Ururu – chan... - chłopak i dziewczyna popatrzyli na niego. - sądzę, że sprzątanie bardziej przyda się przed wejściem. Abarai – san wysprzątał tutaj na błysk. - stwierdził, po czym Jinta marudząc wziął miotłę rzuconą na podłogę przez Renjiego i poganiając Ururu wyszedł na dwór.
Abunai dalej patrzył na Uraharę. Ten złożył wachlarz i spytał:
- Tesu... czy ten człowiek, był twoim ojcem?
- Nie... moi rodzice zginęli w wypadku gdy miałem sześć lat. On tylko się mną opiekował. - odparł cicho patrząc gdzieś w bok. Zasmucił się, jeszcze to wszystko do niego nie dotarło, nie wiedział co ma robić.
- Jak się nazywali? - zapytała Yoruichi. Abunai popatrzył na nią i wysilił pamięć.
- Moja mama nazywała się Kurai Sora a tata Tsuyoi Tora.
Na twarzy Urahary odmalował się wyraz szoku, który szybko zamaskował wachlarzem. Po kotach niestety albo stety takich rzeczy nie widać.
- Coś się stało? - Abunai zaniepokoił się. Najpierw Urahara zdziwił się gdy usłyszał jak się nazywa, później gdy wypowiedział imiona swoich rodziców o mało nie zeszedł na zawał.
- Wiesz kim byli twoi rodzice? - zapytała Yoruichi, która jako pierwsza doszła do siebie.
- Nie... nie pamiętam gdzie pracowali. - stwierdził czym rozbawił Uraharę. Popatrzył na niego dziwnie.
- Wiesz co to Społeczność Dusz? - kontynuowała, gdy jej towarzysz się uspokoił. Zmarszczył brwi.
– Nie... - Urahara westchnął gdy udało mu się zapanować nad emocjami.
- To będzie dłuuuugi dzień. - stwierdził składając wachlarz. - Musisz wiele rzeczy dowiedzieć się o swoich rodzicach.
Abunai wzruszył ramionami. Poszedł za Uraharą do salonu, jak nazwał pomieszczenie do którego został zaprowadzony. Usiadł przy stole naprzeciwko niego. Yoruichi usiadła pomiędzy nimi, na stole.
- A więc zacznijmy od twojej mamy. - zaczął Kisuke. - była ona shinigami, wiesz kto to taki?
- Ee... Bóg Śmierci?
- Czyli nie wiesz. - osądziła kocica.
- Shinigami owszem są Bogami Śmierci, ich zadaniem jest ratowanie dusz przed pustymi i odsyłaniem ich do Społeczności Dusz, gdzie mogą żyć bezpiecznie i spokojnie. Tam też mieszkają shinigami.
- Noszą czarne kimona i miecze, które nazywają Pogromcami Dusz. - uzupełniła Yoruichi.
- W takim razie zdaje mi się, że widziałem raz takiego shinigami. - stwierdził Abunai i od razu przypomniał mu się facet z afro i okularami. - dziwnie wyglądał.
Urahara i Yoruichi pominęli tę uwagę.
- Każdy Pogromca ma swoje imię i unikalne zdolności. - skończył wykład Kisuke.
- Taak... teraz o twoim tacie. Ród Tora jest jednym z najpotężniejszych i najbogatszych szlacheckich rodów w Społeczności Dusz, obok takich wspaniałości jak ród Kuchiki. Jednakże jest on wspanialszy ponieważ każdy jego członek ma niezwykłą zdolność.
Abunai nie wiedział co powiedzieć... przedwczoraj był bezdomnym utrzymującym się z sprzedawania różnych bezwartościowych rzeczy, a teraz dowiaduje się, że jest błękitnej krwi a złota pewnie ma wystarczająco dużo, żeby się w nim kąpać.
- Nie wierzę... - teraz to już kompletnie nie wiedział, co ma robić. Był zdezorientowany, wybity z tropu, po prostu sparaliżowany nadmiarem informacji.
- Cóż łatwo można obalić to co powiedział Kisuke - rzekła Yoruichi – jeśli tylko nie masz godła rodziny wytatuowanego na klacie.
Chłopak spuścił głowę i się lekko zarumienił, co miało znaczyć, że owszem coś takiego ma.
- Co to za umiejętność? - spytał cicho, gdy uporał się z rumieńcami.
- Cóż... co prawda jedynie członkowie twego klanu wiedzą co to za umiejętność, jednakże twój ojciec opuszczając Społeczność Dusz z swą ukochaną; Kurai zrobił mały pokaz.
Abunai zmarszczył brwi, nie do końca rozumiał, co Kisuke ma na myśli.
- Opierając się na naszych wnioskach możemy stwierdzić, że każdy Tora ma swego opiekuna, którym jest jakiś kot. Opiekunem twego ojca był rodowy Tygrys, który miał władzę nad ogniem i walczył za swego pana.
Chłopak otworzył szeroko oczy.
- Taak... to bardzo przydatna rzecz mieć takiego opiekuna... - rozmarzył się Urahara.
- Dlaczego opuścili Społeczność Dusz? - zapytał zaciekawiony chłopak.
- To proste do stwierdzenia. - zaczęła wyjaśniać Yoruichi. - Twój tata był z wysoko postawionej rodziny szlacheckiej, więc miał zaaranżowany ślub. Jednak gdy skończył siedemnaście lat zakochał się w młodej shinigami, bardzo potężnej zresztą. Nie bardzo podobała mu się wizja ślubu, a już zwłaszcza z wyznaczoną dziewczyną, która delikatnie mówiąc była nieco...
- Brzydka. - dokończył Urahara pomagając zakłopotanej przyjaciółce, uśmiechając się.
- Postanowił uciec z nią do świata żywych. - kontynuowała ignorując to, że jej przerwano. - Jednak na drodze do szczęścia stanęli mu shinigami, którzy zostali poproszeni o zatrzymanie kapryśnego arystokraty.
- Wtedy też pokazał jak wielka jest potęga jego rodu. - zakończył Urahara.
Nastała cisza. Oboje uznali, że wypadałoby dać czas chłopakowi przemyśleć to wszystko.
- Skoro moja mama była shinigami to ja... - urwał niepewny swej dedukcji.
- Zgadza się. Ty też zapewne jesteś shinigami. - rozwiał jego wątpliwości kapelusznik w sandałach.
- Co ja mam teraz zrobić? - zapytał sam siebie, jednak nie spostrzegł, że zrobił to na głos.
- Proponuję ci zostać tu. Tak pod wieczór sprawdzimy jak ta teoria ma się do praktyki.
*
Gdy skończyli rozmawiać było już południe, a on szedł korytarzem z burczącym brzuchem. Od rana nic nie jadł, był bardzo głodny. Wreszcie dotarł do kuchni i zobaczył wysokiego faceta robiącego obiad. Kuchnia była idealnie wysprzątana i jakby nie pasowała do domu z papierowych ścian.
Mężczyzna obrócił się i popatrzył na niego.
- Ktoś ty? - zapytał niepewnie chłopak.
- Tessai Tsukabishi – odparł – a ty mały chłopcze? - podszedł do Abunaia i okazało się, że jest wyższy od niego o jakieś dwie głowy.
- Eee... - chłopaka aż zatkało na widok takiego wielkoluda. Ale potem przypomniał sobie, że nazwano go małym chłopcem i krzyknął – NIE JESTEM MAŁYM CHŁOPCEM!!!!!
- Spokojnie, spokojnie... - Tessai przestraszył się na widok poczerwieniałego ze złości chłopaka który tłuk pięściami o jego klatkę piersiową i krzyczał, żeby nikt go tak nie nazywał. W końcu przestał, wziął głęboki wdech, zamknął oczy, policzył do dziesięciu i się przedstawił.
Wtedy odezwał się jego żołądek. Chwilę później siedział na wysokim krześle i zajadał ryż, który mu bardzo smakował. Gdy skończył uraczono go dokładką. Był bardzo wdzięczny temu ogromnemu i napakowanemu facetowi.
- Dzięki, gdyby nie ty strawiłbym własny żołądek. - stwierdził i podziękował mężczyźnie, po czym opuścił kuchnię. Tessai popatrzył za nim.
Reszta dnia minęła dość spokojnie, w końcu spędził ją na dachu robiąc to, co najbardziej lubił, czyli nie robiąc nic. Słońce znów zachodziło, niebo było czyste a nad horyzontem unosiła się przepiękna, pomarańczowa łuna.
- Tu jesteś, Tora – san. - Abunai przekręcił głowę i spostrzegł Uraharę. - Chyba nie zapomniałeś o naszym treningu?
- Treningu?
- Mieliśmy sprawdzić co z twoją naturą Boga Śmierci. - wyjaśnił cierpliwie Kisuke.
- Aaa... - odparł inteligentnie i podniósł się. Mężczyzna zaprowadził go na salę sklepu i stanęli przed klapą.
- Piwnica? - stwierdził chłopak.
- Tak. - Potwierdził jego słowa gospodarz.
Otworzył klapę i zeszli na dół po bardzo dłuuugich schodach. Na dole była...
- Pustynia!? - zdziwił się nie na żarty.
Owa pustynia była wysoka na co najmniej dziesięć metrów i niezwykle wielka.
- Zaskoczony?
- I to jak!
Urahara uśmiechnął się.
- Dobrze, sądzę że możemy zaczynać. - skierował laskę w jego stronę i nim Abunai zdążył przeczytać znajdując się tam znak, coś dosłownie wypchnęło go z ciała. Zobaczył jak opada ono na ziemię.
- Niesamowite! - podniecił się kapelusznik wyciągając swój niezawodny wachlarz.
- Co? - zdziwił się chłopak i podrapał się po głowie, wtedy zobaczył, że jest ubrany na czarno. Spojrzał na dół i stwierdził, że jest ubrany jak shinigami.
Jednak nie dopatrzył się miecza.
- Urahara – san...
- Mhmm?
- Co z moim... Pogromcą Dusz?
- Nie wiem, ale zapewne za niedługo go posiądziesz.
Chłopak westchnął.
- Zajmijmy się może twoim opiekunem.
- Niby jak?
- No cóż.. - Kisuke udał zamyślenia po czym zaatakował go, wysuwając miecz z laski. Przebił ramię zdezorientowanego Abunaia, który upadł na kolano, ale nic niezwykłego się nie stało.
- Co to miało znaczyć? - wysyczał chłopak, był poirytowany. Poczuł czyjąś obecność, ale była bardzo słaba. Wtedy spostrzegł, że Urahara przymierza się do ataku. Wtedy poczuł coś zgoła innego i chwilę później zablokował atak... mieczem.
Taihen Shinu – usłyszał w swojej głowie. 




-----------------------------------
Napisane gdzieś tak po przybyciu drużyny Hitsugayi do Karakury. 
Widać zły wpływ FullMetal Alchemist tj. przypadłość Edwarda Elrica.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz