niedziela, 1 maja 2011

Twórczość własna - Król Morza

Tom 1

Francuska korona

Rozdział I

Fregata



Tego wieczoru fale wściekle rozbijały się o skaliste wybrzeża, niczym czarna smolista kawa o brzeg filiżanki kapitana. Do pełnego obrazu sztormu brakowało tylko deszczu i błyskawic, które zapewne niedługo się pojawią. Na sosnowym biurku, - które miało zaszczyt być areną samo przesuwającej się filiżanki – w blasku rozhuśtanej lampy naftowej – zawieszonej pod sufitem – kapitan niedawno czytał list. Teraz leżał na twardym kapitańskim łożu i trawił jego sens, patrząc w cienie biegające po suficie.
Normalnie nie przejąłby się żadnym listem od urzędników. Tylko, że tym razem, nie był od rządu a od jego przyjaciela; Jordana Kingseena. Napisał że angielski gubernator Redmond - Malcolm Trend – wystawił za głowę naszego kapitana pokaźną sumkę. Leon nie wziąłby sobie tego do serca, gdyby nie fakt, że teraz ściga go pół Karaibów! Jedyne kolonie gdzie jest bezpieczny to Hiszpania, a te bogate nie są... no i jeszcze Francja. Wszystko byłoby w jako takim porządku, gdyby Jordan nie napisał, że ojciec Leona zmarł na zawał, gdy się dowiedział o liście gończym. Jego stare ojcowskie serce nie wytrzymało, na wieść, że jego syn jest uważany za pirata....
Tymczasem na pokładzie w blasku księżyca pierwszy oficer kapitana; Sylwester Altor z grozą obserwował zniekształcony obraz w lunecie. Przelewający się obraz dwumasztowego statku nie byłby taki groźny, gdyby nie fakt, że to Anglicy! A z nimi kapitan przyjacielskich kontaktów nie miał. Było zbyt ciemno by mógł całkowicie rozpoznać klasę okrętu, ale po jego lekkiej sylwetce stwierdził, że to fregata. Co nie świadczyło dobrze. Te statki może nie mają tyle dział co Niszczyciele ale są bardzo szybkie i zwinne. Są daleko, ale jeśli mają pustą ładownię mogą ich dogonić. Obowiązkiem Sylwestra, jako pierwszego oficera, było informowanie kapitana o zagrożeniach. Tym jednak razem, Altor postanowił nie informować Leona.
Godziny mijały a morze jakby się uspokajało, fale nie kołysały już tak mocno statkiem. Jednak pierwszy oficer stał cały czas przy lewej burcie i obserwował wrogi okręt z nadzieją, że ich nie zauważyli. Choć wiedział, że ta nadzieja jest obłudna. Fregata była coraz bliżej, najwidoczniej nic nie przewozili. Gdyby „Morska Pantera” nie przewoziła kontrabandy na Itkal, Anglicy nigdy nie dogoniliby ich. No cóż, jednak trzeba będzie powiadomić kapitana... - przeszło oficerowi przez myśl. Złożył lunetę z ciężkim westchnięciem. Popatrzył tylko na niewyraźny cień na morzu i z duszą na ramieniu poszedł obudzić kapitana.



Tymczasem na pokładzie Fregaty:
- Sir, dogonimy ich nim wzejdzie słońce, zapewniam pana. - rzekł angielski oficer z kręconym wąsem i rudymi włosami.
- Hmm... Jeśliś tak pewien, Gerardzie.... - odparł zamyślony kapitan. Zastanawiał się co to za jednostka. Co prawda miała angielską flagę, ale nie miała bandery. Pewnie się jeszcze okaże że to piraci! Tylko tego brakowało. Gdyby to od niego zależało, wybił by ich wszystkich. A nie, jak to ostatnio w modzie, wyręczał się nimi z niechlubnej roboty.
Pokręcił głową i udał się do swojej kabiny zdając się na swojego pierwszego oficera. Jeszcze raz spojrzał na leżący na jego biurku list od samego gubernatora Trenda. Informował on o wrogu korony, nijakim Leonardzie Grandersie. Jeszcze raz przeczytał spis tego, co popełnił. Hmm... posądzają go o zamordowanie Lady Angeli Rooferd... To naprawdę ciężkie zarzuty. A wysoka nagroda tylko przyczyniła się do tego, że Arnold Will, oficer Niezwyciężonej Anglii, kapitan Fregaty „Oktis” obrał sobie za cel główny schwytanie mordercy.



Była śliczna, jej rumiana cera i piękne lśniące jasne włosy, sprawiały że była ładniejsza od aniołów. Jej śmiech był perlisty a spojrzenie błękitnych oczu zawsze wesołe. Lawirowała pośród par tańczących walca. Poruszała się niczym rusałka wśród kwiatów łąk....
.... Orkiestra przestała grać. Lord Caster zaprosił piękną Lady na przechadzkę po ogrodzie pałacu. Nie było ich bardzo długo a rozmowa z hrabim jest strasznie nudna. Wrócił sam Lord i porwał do tańca inną damę, zupełnie jakby z jedną z nich zupełnie nie wychodził.....
....Jest w ogrodzie, postanowił zaczerpnąć powietrza, wciąż się zastanawia gdzie przepiękna Lady. Skręca w uliczkę między żywopłotami. Znów skręca i widzi otwartą furtkę prowadzącą do części ogrodu, do której goście nie mają wstępu. Zaintrygowany przechodzi przez nie, idzie dalej i wtedy...
...Klęczy przed raną Lady, ma podcięte gardło, krzyczy „POMOCY” ale nikt się nie zjawia. Tamuje krwawienie, wtedy przychodzi Lord Caster widzi Go jak trzyma rękę na jej gardle. Lord biegnie do pałacu...
.... Przychodzi komendant straży widzi Lady topiącą się w własnej krwi, widzi też mężczyznę z zakrwawionymi rękoma, próbuje go aresztować, ale ten ucieka....



Leon obudził się z krzykiem. Ten koszmar prześladował go od ucieczki z miejsca zbrodni. Teraz tego żałował, ale wtedy wydawało mu się, że to najrozsądniejsze wyjście. Wtedy mógłby się wytłumaczyć ochronić honor, ojciec by nie dostał zawału... A tak jest wrogiem numer jeden.
Rozległo się pukanie do drzwi. Kapitan usiadł na łóżku, schował głowę w rękach, przejechał nimi po włosach i kazał wejść. To był Sylwester jego pierwszy oficer.
- Co się stało Altor? - zapytał zmęczonym głosem Leon.
- Nic takiego, oprócz Angielskiej fregaty siedzącej nam na ognie. - poinformował nieco nerwowo oficer.
Kapitan popatrzył na niego nieprzytomnie... sens tych słów nie dotarł do niego.... A później zwalił się na niego jak grzmot z jasnego nieba. Wyskoczył z łóżka jak z procy i zakładając kamizelkę wybiegł na pokład, wierny Sylwester podążył za nim, rozkładając lunetę w biegu. Zatrzymał się przy Leo i podając mu narząd optyczny wskazał palcem kierunek, w którym należało patrzeć, choć obcy statek był już wyraźnie widoczny.
Kapitan wysilił wszystkie zmysły by dostrzec szczegóły wrogiego okrętu chowającego się w mroku nocy. Zobaczył tylko zarys przechodzącej straży po pokładzie i oficera ubranego w czerwony mundur, który trzymał przy oku lunetę i być może patrzył właśnie na niego. Poza tym na pokładzie było chyba sześć dział a pod nim z piętnaście.
- Rozpoznali nas? - zapytał Leon, nie wiedząc co ma robić.
- Raczej nie kapitanie, zaatakowali by nas przecież. - odparł Sylwester.
- Mhmm... - Kapitan zamyślił się.






Do kabiny kapitana Willa wszedł pierwszy oficer, wcześniej pukając do drzwi. Zastał przełożonego przy misternie zdobionym stole nachylonego nad mapą Karaibów.
- Kapitanie, sądzę że to poszukiwany przez Angielską Koronę Leonard Granders.
- Skąd to przypuszczenie? - zapytał nieco ostro Arnold patrząc na oficera znad mapy.
- Widziałem go na pokładzie, chyba.
- To widział go pan, czy nie!? - zdenerwował się niekompetencją podwładnego Will.
- Widziałem, sir. - odparł lekko przerażony Gerard Grant.
- Mhmm... załadujcie działa, tylko dyskretnie. - zarządził kapitan, wracając do zaznaczania kursu na Redmond.



Na pokładzie „Morskiej Pantery” panował niepokój. Kapitan rozkazał Altorowi obserwować fregatę, a załodze załadować działa na wszelki wypadek. Sam myślał gorączkowo nad awaryjnym planem taktycznym. Jego korweta miała tylko dwadzieścia sześć dział, a ta fregata z czterdzieści pięć, poza tym była szybsza i zwrotniejsza, na oko widać że przegrają. Zostało mu tylko liczyć na cud, albo opracować diabelsko dobry plan działania. Może by tak abordaż... pomyślał, ma na korwecie z czterysta osób, a fregata jest mniejsza... wystarczy tylko się zbliżyć burtami... ale co z wystrzałem fregaty, może przecież rozwalić im całą burtę, jeśli użyją bomb. Choć plan był ryzykowny, to wydał się Leonowi najrozsądniejszy, wiedział że nie uda mu się oczyścić imienia a jeśli zaatakuje statek Angielskiej Korony... zostanie uznany za pirata, jak nic... Pomijając fakt że już mu taki tytuł nadali.
- Ładować kartacze! - wydał rozkaz kanonierowi. Ten popatrzył na niego dziwnie, chwile wcześniej kazał ładować kule armatnie.
- Słyszeliście kapitana!? Ładować kartacze! - krzyknął grubym, chrapliwym głosem. Zastanawiając się skąd ta nagła zmiana planów.
- Dolne żagle w górę! - Kapitan kontynuował wydawanie rozkazów.
- Żagle w górę! - powtórzył rozkaz bosman. Majtkowie zaczęli ciągnąć za grube liny, podnosząc żagle z wytrzymałego płótna żaglowego. Statek zaczynał zwalniać.
- Kapitanie, co pan planuje!? - zapytał nieco przerażony możliwością spotkania z fregatą, pierwszy oficer.
- Będziemy walczyć Altor. Przygotuj ludzi do abordażu i módl się. - oznajmił Leon. - Prawo na burt! Ustawić prawą burtą do burty wroga. - wrócił do wydawania rozkazów. Sternik zaczął kręcić sterem, umieszczonym na końcu okrętu. Zaczynali ostro zakręcać, po chwili za sprawą zmniejszonej szybkości a zwiększonej zwrotności ustawieni byli burtą do rufy fregaty, która powoli też zaczynała skręcać.
- Kapitanie! - krzyknął kanonier, nie rozumiejąc dlaczego nie usłyszał rozkazu „Strzelać bez komendy!”.
- Wstrzymaj się przyjacielu, powiem kiedy masz zacząć strzelać. - uspokoił go kapitan.
- Nie podoba mi się to. - mruknął pod nosem kanonier nic więcej nie mówiąc.



Will stojąc na pokładzie swego okrętu patrzył na statek płynący niewiele przed nimi. Obserwując jego nagły manewr nie miał już wątpliwości, że to poszukiwany przez gubernatora Redmond; pirat.
- Co ten Granders kombinuje... - zastanawiał się na głos.
- Nie wiem, sir. - odparł Grant również wpatrujący się w sylwetkę masywnej korwety. Wcześniej Will kazał ustawić statek burtą do wroga.
- Grant, wyślij gołębia pocztowego do gubernatora Redmond i poinformuj o tym, że Granders jest w pobliżu wyspy Itkal.
- Tak jest, sir! - zasalutował oficer i ruszył biegiem pod pokład, gdzie trzymali gołębie. Arnold już czuł się jakby go odznaczyli orderem za schwytanie poszukiwanego mordercy. Po kilkudziesięciu minutach znaleźli się burta w burtę. Korweta zaczęła ich ostrzeliwać. Kanonier fregaty wydał rozkaz do strzału. Ciężkie kule armatnie porobiły dziury na pokładzie korwety. Ostrzał z statku pirata nie zrobił większej szkody angielskiemu okrętowi, co zaintrygowało Willa.
- Kapitanie to kartacze! Zginęło trzydziestu żołnierzy, piętnastu rannych! - zameldował bosman.
- Kartacze? Zaraz... zwrot burtą... - myślał prężnie kapitan - O nie! Ładować bomby! Oddalić się od wrogiego statku! To abordaż! - krzyczał zdesperowany, ale już było za późno haki z korwety zahaczyły o burtę fregaty, a wroga załoga zaczęła przyciągać statek ku sobie.
- Do broni! - krzyknął Will wyciągając szablę, jeśli ma walczyć na pokładzie to zrobi to, jeśli miałby poświecić całą załogę poświęci ją, ale musi schwytać Grandersa!


Załoga „Morskiej Pantery” przyciągnęła wreszcie okręt ku sobie i zaczęła nakładać drewniane deski, by zrobić przejście.
- Do ataku! - krzyknął Leon. Wyciągnął kordelas i ruszył pierwszy na pokład wrogiego statku. Wiedział, że mają liczebną przewagę, czuł że zwyciężą... muszą zwyciężyć. Załoga obu statków zaczęła przechodzić na wrogi pokład. Morską ciemność przecinały zgrzyty ostrzy i wystrzały z muszkietów.
Było ciemno, światło dawały jedynie lampy naftowe i wystrzały. Leon wpadł na jakiegoś żołnierza, wymierzył w niego broń. Nic nie widział, zobaczył tylko zarys cienkiego przedmiotu, który ruszył w stronę jego piersi. Zablokował atak i wyprowadził kontrę w lewy bok napastnika. Ten jednak w porę się zreflektował i odbił kordelas Leona. Kapitan ciął w prawe ramię, a gdy tamten się odsłonił błyskawicznie zatopił ostrze w jego lewym boku. Gdy żołnierz chwycił się za ranną część ciała, Leon wbił ostrze w jego brzuch. Ciało zsunęło się po jego kordelasie w dół. Leon nie miał czasu się zastanawiać i ruszył w wir walki. Pod jego bronią ginął człowiek za człowiekiem. Ludzie wpadali na siebie w kompletnych mrokach, ale wiedział, że jego załoga zwycięża, musi zwyciężać.
Nagle rozległ się huk, Leonowi pociemniało w oczach, jednak czując ostry ból w prawym ramieniu był pewien, że oberwał z muszkietu. Gdy jednak popatrzył w tamtą stronę zauważył tylko jednego z swoich ludzi stojącego nad zapewne martwym anglikiem – tak wywnioskował z cieni. Uśmiechnął się tylko lekko w podzięce i ruszył dalej całkowicie zapominając o kuli w ramieniu.
Walka nie trwała zbyt długo, jednak zanim się skończyła na horyzoncie ukazała się bladożółta tarcza wschodzącego słońca. Gdy światło padło na pokład fregaty Leon w mig zrozumiał dlaczego poszło im tak łatwo. Deski były dziurawe a prawa burta prawie, że cała wyrwana.
- Kapitanie!? - do zamroczonego kapitana dobiegł mężczyzna w okularach, przytrzymał go w pasie od razu gdy zauważył, że ten niebezpiecznie się chwieje. - W porządku?
Leonowi szumiało w głowie, obraz się rozmazał i przestał nagle słyszeć, chwilę później zapadła ciemność a on osunął się w nicość.
- Zzzz!! - gwałtownie odzyskując przytomność Leon poderwał się do siadu, doznając mocnego zawrotu głowy.
- Spokojnie kapitanie, już skończyłem. - rzekł mężczyzna w okularach kładąc pracodawcę z powrotem na stole. Przed chwilą w ręku trzymał ołowianą kulę, którą właśnie wrzucił na metalowy talerz. Kapitan obrócił głowę w jego stronę z pytającym wyrazem twarzy.
- Zdobyliśmy okręt kapitanie. - oznajmił z nutą satysfakcji mężczyzna będący pokładowym chirurgiem.
- To świetnie. Zszyj mnie i idę go obejrzeć. - ponaglił podwładnego, który właśnie wziął igłę z nicią do ręki.



------------------------------------
Za dużo grania w Piratów z Karaibów robi swoje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz