niedziela, 1 maja 2011

Harry Potter - Nowy Mistrz

Harry Potter i Nowy Mistrz

Prolog

Niebo przeszyła kolejna błyskawica. Twierdza Per Eraivel wyglądała jeszcze straszniej na tle czarnego nieba, które co chwila przecinały pioruny. Budynek był masywny ale też miał w sobie coś z dzieła sztuki. Wyglądał na siedzibę co najmniej króla! W jego skład wchodziło osiem wież, cztery z nich były basztami na czterech końcach wielkiego muru obronnego. Pozostałe cztery były wieżyczkami rozmieszczonymi zgodnie z kierunkami świata. Patrząc na twierdzę, odnosiło się wrażenie, że czas w tym miejscu zatrzymał się w epoce średniowiecza. I za każdym razem gdy Morgan tam jechał miał takie wrażenie. Siedział na czarnym koniu i zmierzał ku mostu zwodzonemu. Był ubrany jak członek tajnej sekty. Czarna szata opadała po bokach smolistego wierzchowca. Pod nią jeździec miał brązowe kimono. Kaptur zsuwał mu się daleko za czoło. Na nogach miał również czarne; oficerki. Siedział prosto trzymając blisko cugle, przez co koń stepował z głową reprezentacyjnie wyprostowaną. Z nieba urwała się kolejna błyskawica, koń zarżał niespokojnie. Morgan, zerknął odruchowo na okno wypełnione światłem na czwartym piętrze. Coś mu mówiło, że trzeba się spieszyć. Pogonił konia, który przeszedł do cwału. Nim się obejrzał dobiegli do mostu, który był opuszczony. Morgan zwolnił nieco przechodząc do galopu, wbiegli na dziedziniec. Był wyłożony kamiennymi płytami. Pośrodku stała studnia, podwórze otoczone było kolumnami, na których opierała się kolejna kondygnacja. Zatrzymał konia. Morgan rozejrzał się, ostatni raz był tu z dziesięć lat temu, a nic się nie zmieniło. Tylko ogródek jego kuzynki zionął przerażającą pustką. Zamyślił się, patrząc na uszy konia, ten zniecierpliwiony obrócił się dookoła i stanął w miejscu. Morgan pogłaskał go po grzywie i zszedł z niego, poprawił rękawy i przywiązał go do studni. Zawsze tak robił. Wbiegł szybko do środka przebiegając przez kamienne schody, nieświadomie dotarł do pokoju na czwartym piętrze. Zatrzymał się. Drzwi były z pięknie zdobionego drewna. Nacisnął klamkę i wszedł do środka.
Naprzeciwko drzwi stało karmazynowe łoże z baldachimem. Na nim leżała właścicielka twierdzy, kuzynka Morgana. Była w ciąży i za kilka chwil miała urodzić. W komnacie panowała cisza sprzyjająca przemyśleniom. Wszyscy wiedzieli, że kobieta umrze przy porodzie, ale nikt nie mógł, nie chciał się z tym pogodzić. Gdy przybysz pojawił się w pokoju, wszyscy rozstąpili się przed nim, tworząc drogę prowadzącą do łoża, patrzyli na niego z szacunkiem. Ruszył naprzód, bardzo dobrze wiedział, dlaczego go tak traktują. Dotarł do łoża i spojrzał na bladą twarz kobiety. Natasza, jego droga kuzynka.... I wtedy jakby czekając specjalnie na niego, dziecko postanowiło opuścić ciało matki. Natasza krzyknęła z bólu i zacisnęła rękę na przedramieniu Morgana. Podbiegła do niej kobieta by przyjąć poród. Mężczyźnie pociemniało w oczach, paznokcie kuzynki przebiły mu chyba skórę, był pewien że zostawi bliznę. Był mężczyzną, a ci nie nadawali się do udziału w porodach, przynajmniej w mniemaniu Morgana. Miał głowę jak z waty, gdyby krzyk nie ustał na pewno osunąłby się na ziemię. Oprzytomniał, gdy spojrzał na Nataszę zobaczył w jej ramionach płaczące niemowlę.
- Chłopiec. - powiedziała stara już akuszerka, która przyjmowała poród.
- Morgan... - z trudem wyszeptała świeżo upieczona matka. Wezwany nachylił się ku niej i ściągnął kaptur. Miał oczy koloru indygo, poważne rysy twarzy i czarne włosy spięte w koński ogon. Ale miał też coś niezwykłego po lewej stronie skroni, coś co wyglądał jak czarny tatuaż ale było znamieniem, znamieniem w kształcie smoka.
- Obiecaj... że będziesz go szkolił... - wychrypiała patrząc na niego zmęczonymi, pozbawionymi blasku, brązowymi oczami. To czego żądała kobieta, wydawało się dla niego niemożliwe. Nie może tak sobie kogoś uczyć Czarnej Magii.
- Morgan... Obiecaj... - naciskała na niego kuzynka. Popatrzyła na niego z załzawionymi oczami, wiedziała, że umrze, chciała przynajmniej zapewnić dobrą przyszłość swojemu synkowi.
- Obiecuję... - rzekł mężczyzna wbrew wszystkiemu czego mistrzowie poszczególnych dziedzin zdołali go nauczyć. Natasza przeniosła wzrok z kuzyna na swojego synka.
- Pragnę by się nazywał Leopold... Morgan von Dracogens, a jego patronem... ma zostać Asman. - zarządziła. Chciała żeby patronem był jej kuzyn, ale patronem nie mogła zostać osoba żyjąca. Patrząc z matczyną miłością na chłopca zmarła trzymając go na rękach. Morgan zamknął oczy, odeszła. Już na zawsze odeszła. Popatrzył jeszcze na niemowlę, które w pierwszym dniu swego życia znalazło swojego Mistrza. Jemu zajęło to trzy lata i musiał nieźle się napracować, żeby udowodnić, że jest wart poświęcenia czasu i uwagi. Chłopiec miał okrągłą buzię i dużą kropkę po lewej stronie skroni, znamię...

W tym samym czasie w Departamencie Tajemnic przybyła jeszcze jedna przepowiednia. Koło regału pojawiła się czerwona mgiełka. Rozprzestrzeniła się na pół pomieszczenia i zanikła, a koło jednej mocno zakurzonej kulki, pojawiła się inna błyszcząco srebrna. W środku widać było mówiącego mężczyznę. Napis pod nią głosił: Leopold Syriusz Morgan Asman von Dracogens.




Rozdział I



Deszcz dudnił o szyby pokoju, w którym się znajdowali. Od tamtego zdarzenia minęło nie całe czternaście lat. Pogoda oddawała w pełni humor nastoletniego Leo. Został postawiony w okropnej sytuacji, gdyby nie szanował swojego mentora wyzwałby go od największych drani świata. Nie żeby się nad nim znęcał. Chłopak stał z różdżką przed myjącym się szczurem, który znajdował się na stole przed Leopoldem. Leo nie mógł się przemóc. Najchętniej by zrezygnował, ale oddech Morgana rozbijał się o jego szyję.
- Nie mogę... - wyjąkał próbując się wywinąć.
- Możesz wszystko, oprócz rozmnażania przez fragmentację. - oświadczył ostro Mistrz.
- Ale...
- Żadnych „Ale”. Do roboty, inaczej będziemy tu siedzieć do końca świata. - Morgan był nieugięty, Leo miał wiele okazji by tego doświadczyć. Ale teraz sytuacja była inna... Opiekun zmuszał go do użycia zaklęcia zabijającego. Przecież ten szczur nic nie zrobił! Ale jeśli go nie zabije, będzie tu ślęczał aż do śmierci, Morgan nie rzucał słów na wiatr. Popatrzył jeszcze raz na szczura i z obrzydzeniem do samego siebie szepnął:
- Avada Kedavra! - Lecz nic się nie stało, z jego różdżki posypały się tylko zielone iskry. Morgan popatrzył na niego krytycznym wzrokiem.
- Przyłóż się. - Chłopak popatrzył na niego spode łba i krzyknął wściekły:
- AVADA KEDAVRA! - tym razem, z jego różdżki wyleciał gruby, zielony promień, walnął w szczura i roztrzaskał jego zwłoki o ścianę. Spojrzał wyczekująco na Morgana.
- No widzisz, o to chodzi. - usłyszał w odpowiedzi. Za oknem zerwała się błyskawica hucząc głośno.
- Musisz się tego nauczyć. Teraz wracaj do pokoju. - Chłopak spojrzał na niego z błyskiem nienawiści w oku. Szarpnął się z miejsca i ruszył w stronę wyjścia. Nim jednak dotarł do drzwi na jego ramieniu spoczęła ciężka ręka mistrza.
- Kiedyś będziesz mi wdzięczny. I nie zachowuj się jak rozpuszczony bachor. - Leo spojrzał na niego z dziwnym błyskiem w oku i z:
- Tak, mistrzu. - na ustach opuścił pomieszczenie. Morgan westchnął. Nauka zaklęć niewybaczalnych zawsze była ciężka i zawsze budziła iskry nienawiści do osoby, która tego uczyła. Ale niech się cieszy, że nie robię przykładów na nim, pomyślał.


Dwa piętra wyżej w swojej komnacie siedział nastoletni arystokrata najczystszej krwi rodziny królewskiej, świata czarodziejów. Siedział z nogami podpartymi pod brodą na łożu patrząc w gotycką okiennice. Deszcz przestał lać, a czarne chmury zamieniły się w gęstą mgłę. Leo zauważył że pogoda zawsze odzwierciedla to, co dzieje się w jego duszy. Kiedy jest wesoły świeci słońce, kiedy zły szaleje wichura, kiedy smutny robi się mgła.
Chłopak wstał z posłania i chwytając mocniej różdżkę z błękitnej brzozy morskiej, zszedł na dół do hallu. Miał na sobie czarne dżinsy, ciemną rozpiętą marynarkę, a pod nią białą koszulę w kratkę wyjętą z spodni. Był wodnikiem a jego żywiołem powietrze, w pełni tego słowa znaczeniu.
Zszedł po marmurowych ozdobnych schodach na parter. Sala wejściowa, zwana hallem była wielka i imponująca. Zawsze gdy tędy przechodził zachwycał się jej ogromem. Ruszył w prawo, chciał spotkać się z swoją przyjaciółką, która pod każdym względem mu imponowała, a była siostrzenicą jego mistrza. Przeszedł przez korytarz, na którym wisiały portrety sławnych czarodziei. Skręcił w prawo i wszedł do otwartej komnaty należącej do Kate.
Nim zdążył zastukać w framugę ta odezwała się nie obracając głowy w jego stronę.
- Cześć Asman. - chłopak zdumiał się, tylko ona tak go nazywała wszyscy mówili na niego; Leo, albo Leopold. Czasem Morgan nazywał go Syriuszem...
- Zastanawiam się... - zaczął podchodząc do niej, zauważywszy że siada przed fortepianem. - dlaczego nazywasz mnie tym imieniem, skoro mam na imię Leo.
- Asman to też twoje imię. - zauważyła.
- Tak, ale czwarte w kolejności. - odparował. Wzruszyła ramionami i zaczęła grać wolny utwór. Grała płynnie i nie patrzyła na klawisze.
- Jutro wujek wystawia przyjęcie z okazji rocznicy Aldegradu. - oświadczyła zmieniając temat.
- Nic mi o tym nie wiadomo. - przyznał zaskoczony chłopak.
Aldegrad był pewnym stowarzyszeniem handlowym, przynoszącym potężne zyski. Jego członkowie posiadali kopalnie, banki lub inne cenne instytucje. Lecz Aldegrad był czymś więcej, handlowa natura była przykrywką. Naprawdę zrzeszała czarodziei czystej krwi, tworząc faktyczny organ władzy w magicznej Anglii.
Leo wiedział, że Morgan, jego mistrz jest jego członkiem, jako przedstawiciel Zakonu Kapłanów Magii, zwanego czasem, Sektą Strażników. Ale dlaczego nie powiedział o tym swojemu uczniowi, który siłą rzeczy również do niej należy?
- Wiesz kto przyjdzie? - zapytał, Kate była pewnym źródłem informacji, z którego zwykł korzystać.
- Nie wiem... ale śnili mi się Malfoy'owie, więc możliwe że przyjdą. - oznajmiła. Dziewczyna posiadała zdolności przepowiadania przyszłości. Czasem objawiało się to jako wizje, a czasem przeczucia, a kiedy indziej jako zwykła dedukcja. - Wujek ostatnio często pisał z rodem Serays, więc pewnie przyjdą. Możliwe że jeszcze... Snape. Wiesz ten dziwny facet który robi eliksiry...
- Wiem.
- Lepiej już idź, szuka cię. - rzekła nagle. Chłopak popatrzył na nią pytającym wzrokiem, a ona jakby nigdy nic wróciła do grania. Lepiej było jej nie lekceważyć więc żegnając się wyszedł z komnaty zmierzając w stronę hallu. Po drodze zastanawiał się, kiedy mistrz zamierzał mu o tym powiedzieć. Za nim udało mu się całkowicie wejść do hallu spotkał Johna, kamerdynera.
- Paniczu Leopoldzie, hrabia Morgan cię szuka. - rzekł kłaniając się z szacunkiem. - Pragnął przekazać żebyś przybył jak najszybciej do stajni.
- No dobrze, miłego dnia Johnny. - odparł chłopak wybiegając z budynku. Nie młody już mężczyzna oparł brodę na rękach.
Morgan był hrabią jako zasłużony w rodzie, zaraz po patriarsze, który miał tytuł księcia jak i reszta głów rodzin w radzie klanu książęcego. Inni musieli się zadowolić tytułem lorda, a niepełnoletni panicza. Leo gnał przez dziedziniec, niebo było bezchmurne, nie było na nim ani słońca ani niczego innego. Pogoda była neutralna, tak jak jego uczucia.
Dotarł wreszcie do stajni. Zobaczył postać mistrza, która głaskała po pysku smolistego konia. Po chwili chłopak zorientował się, że to nic innego jak pegaz, czarny pegaz! Koń poruszył strzelistymi skrzydłami domagając się więcej pieszczot. Leo ruszył w ich stronę.
- Jesteś wreszcie. - rzekł ni stąd ni zowąd Morgan. Obrócił się w jego stronę. Jego twarz była pełna trudu życia, a oczy wywiercały dziury wszędzie tam, gdzie je właściciel skierował.
- Robisz imprezkę... - bardziej stwierdził niż zapytał chłopak.
- Mhm.... Masz niezłą siatkę szpiegowską.
- Ma się te kontakty... - odparł nonszalancko.
- No dobrze, ale nie kazałem ci tu przyjść, by dowiedzieć się że mam przeciek informacji w rodzinie. Muszę wyjechać i wrócę dopiero po północy. Ty zostaniesz i zaopiekujesz się tym. - rzekł i wręczył chłopakowi kamień, który podniósł z siana.
- Co to? - zapytał zaciekawiony chłopak przyglądając się uważnie szarawemu obiektowi. Jego barwa była równie stalowa jak kolor jego oczu.
- Zdaje się że jajo Shaake. Ale nie jestem pewien, zaopiekuj się nim. - rzekł. W jego słowach przebrzmiewała intryga.
- Ale jak ten potwór zgryzie mi buty... - ostrzegł nie mogąc się powstrzymać od uśmiech. Siedział na pegazie trzymając nogi za skrzydłami. - Dbaj o niego, nie kosztował kilka sykli. - rozkazał i popędził konia. Wybiegł z stajni i po paru metrach unieśli się w górę, w stronę ukazującego się słońca.




Rozdział II



Nastał następny dzień. Leo wstał przeciągając się, usiadł na skraju łóżka ziewając przeciągle. Popatrzył na zegar, który znajdował się na biurku, naprzeciwko łoża i pod oknem. Wskazywał dziewiątą pięć. Syriusz zastanawiał się dlaczego mistrz nie zwalił go o szóstej, jak to miał w zwyczaju. Rozległo się pukanie do drzwi.
- Otwarte! - krzyknął sennym głosem chłopak. Do środka weszła Kate z ciemnymi okularami na nosie i z labradorem u swego boku.
- Idziemy z Aulą na spacer, idziesz z nami? - zapytała a pies poparł ją radosnym szczeknięciem.
- Eee... dobra tylko się ubiorę. - odparł niezręcznie.
- Jesteś nagi? - zapytała zaciekawiona.
- Eee... nie. Ale w samych spodenkach nie będę latał po posiadłości.
- Poczekam. - Chłopak czekał aż wyjdzie, ale ta sprawiała wrażenie jakby nie miała zamiaru.
- Może poczekasz na korytarzu?
- Wstydzisz się? - zapytała prowokująco.
- A nawet jeśli?
- No... dobra. Aula! Szukaj wyjścia! - rozkazała suczce. A zwracając się do Leo powiedziała:
- Czekam na zewnątrz, przystojniaku. - po czym wyszła chwytając psa za poręcz i chichocząc cicho.
- Ech... - jęknął chłopak po czym nie przemęczając się przebrał się w to samo, w czym chodził wczoraj. Przygładził czarne włosy i wyszedł w poszukiwaniu kuzynki.
Dogonił ją na schodach na hall. Szła trzymając prawą ręką uchwyt smyczy psa, a lewą zsuwając po poręczy. Zrównał z nią krok i chłonął profil jej uroczej buzi. Miała delikatne rysy twarzy i piękne błękitne oczy schowane pod czarnymi szkłami okularów przeciwsłonecznych. Założyła na siebie granatową bluzę i zielone bojówki.
- Jak tam jajo? - zapytała nagle.
- Jakie jajo? - zdziwił się chłopak, zbity z tropu.
- To które dostałeś od wuja. Widziałam to w śnie trzy dni temu. - wyjaśniła mu skąd wie o podarunku.
- I nic mi nie powiedziałaś!? - oburzył się.
- Nie należy wyprzedzać faktów. Wszystko musi się toczyć własną ścieżką.
- To czemu powiedziałaś mi o przyjęciu?
- Bo to była dedukcja nie wizja. - ucięła. Stanęli przed drzwiami, Aula zaszczekała trzy razy, co miało oznaczać że są na miejscu. Kate pochyliła się i poklepała ją po boku.
- Dobra psina. - pochwaliła ją pchając drzwi. Wyszli na zewnątrz, powietrze było rześkie, a na niebie słońce świeciło blado. Skierowali się w stronę ogrodów. W równych rzędach posadzone zostały różne kwiaty a gdzieniegdzie porozrzucane drzewa i krzewy owocowe. Kate wzięła Syriusza pod ramie zwracając się do psa:
- Idź się pobawić, Aula. - w odpowiedzi usłyszała rozradowane szczęknięcie a psina pognała pobiegać po parku. Teraz to Leo stał się przewodnikiem i podporą dziewczyny. Narzucił wolne tępo i zapytał:
- Gdzie chcesz iść?
- Może nad staw? - jak powiedziała tak zrobili. Skierowali się w stronę sztucznego stawu. Syriusz podziwiał krajobraz opisując go zaciekawionej Kate. Dotarli do celu. Na nieruchomej tafli stawu pływały kaczki i łabędzie. Leo natychmiast opisał je dziewczynie. Usiedli na marmurowej ławeczce.
- Wiesz As, ciesze się że mam cię u boku. Życie bez przyjaciela byłoby takie... - zaczęła opierając głowę na jego ramieniu. Nie dokończyła rozkoszując się wonią kwiatów i śpiewem słowika, który kilka dni temu uwił gdzieś niedaleko gniazdo.


Siedzieli tam trzy godziny zapominając o bożym świecie, kiedy znalazł ich Morgan.
- Ekhm... Nie przeszkadzam? - zapytał z sarkazmem. Kate natychmiastowo się wyprostowała wołając:
- Aula do mnie!
- Nie chce nic mówić, ale za dwie godziny przyjeżdża głowa rodziny Serays. Może ubralibyście się bardziej... arystokratycznie?
- Ja sukienki nie ubiorę! - zaprotestowała na zapas Kate. Morgan mruknął coś pod nosem.
- Nikt ci kochana nie karze. - odparł ironicznie. - Przebierać się, już!
Gdy dwójka młodych arystokratów wstawała i zmierzała w stronę wejścia do budynku, Morgan zatrzymał swego ucznia.
- Na przyjęciu będzie kilka ważnych, i kilka mniej ważnych osób. Do najważniejszych zalicz księcia Teodozjusza z rodu Serays i jego żonę Angelę. Do ważnych Lucjusza Malfoy'a, jego żonę Narcyzę i syna Dracona. Mistrza Zakonu Owena Vidons, do mniej ważnych Severusa Snape'a, państwa Blustore. Zapamiętasz?
- Tak, mistrzu. - odparł starając się zapamiętać hierarchię.
- Za miesiąc kończysz czternaście lat. - Morgan zmienił zaskakująco temat. - W zakonie jest pewna tradycja... - zaczął i urwał po chwili. Zaciekawiony chłopak nie mógł wytrzymać.
- Że!?
- Każdy kto skończy czternaście lat jest poddawany próbie. Jeśli ją przejdzie pomyślnie może kontynuować szkolenie...
- A jeśli nie?
- Hmm... wtedy nie będzie to miało dla niego znaczenia, kiedy będzie już martwy... - Leo spojrzał na oddalającego się mistrza z trwogą w oczach.


- Paniczu może ten? - padło pytanie z ust pokojówki, która trzymała w ręku czarny garnitur. Kto by pomyślał, że wybieranie stroju na przyjęcie może tyle potrwać.
- Ech... - westchnął.
- I do tego ta czerwona koszula? - dopytywała biorąc w ręce wieszak z karmazynową koszulą na guziki. - Czarne bojówki i hrabia Morgan powinien być zadowolony. - dokończyła.
- Nic nie zaszkodzi włożyć tego na siebie... chyba. - rzekł nie przekonany i biorąc ubrania od kobiety poszedł do garderoby je przymierzyć. Efekt końcowy nie do końca go zadowalał. Wyszedł z garderoby i stanął przed pokojówką. Ta przyglądnęła mu się z każdej strony.
- Jest pan przystojny, paniczu Leopoldzie. - rzekła z westchnieniem.
- Dziwnie się czuje w garniturze, obco... tak...
- To dlatego że panicz w nich nie chodzi.
- Nie... ja wole inne stroje. Na Magię jestem w Zakonie! Czemu mam chodzić w garniturze a nie w tunice! - zdenerwował się. Wyminął kobietę i wbiegając na korytarz rozglądnął się, myśląc nad tym, gdzie może być teraz Morgan. Na ścianach wisiały portrety, a sufit wygięty był w gotyckie łuki. Leon ruszył przed siebie zdając się na intuicję, tak jak ciągle mu kazał mistrz. Zbiegł na niższe piętro, czując że intuicja nie za bardzo chce z nim współpracować. Rozejrzał się, nigdzie go nie widział.
- Kate... ona będzie wiedzieć.
Pognał na dół po szerokich schodach i o mało nie zabijając kamerdynera na przejściu wbiegł do pokoju dalekiej kuzynki. Nikogo nie było, fortepian stał pod ścianą, na której wisiał pejzaż przedstawiający okolice pałacu, w którym się znajdowali. Wtem usłyszał:
- Szukasz kogoś? - obejrzał się za siebie i zobaczył...:
- Mistrzu, skąd się tu wziąłeś?
- Przyleciałem. - sarknął. - Jak tam TWOJE jajo? - zapytał podkreślając słowo: „Twoje” jakby chciał zaznaczyć, że nie chce mieć nic wspólnego z mającym się wykluć potworem.
- Eee... dobrze. - odparł Leo całkowicie zapominając o tym, o co miał zapytać opiekuna.
- Z tego co widziałem po coś tutaj wparowałeś. - przypomniał.
- Eee... Właśnie, małe pytanie w czym idziesz na to... spotkanie?
- Jeśli chcesz ubrać cokolwiek innego niż masz na sobie to ja wyrażam sprzeciw. - przejrzał go na wylot Morgan.
- Ale mistrzu...
- Żadnego ale! - rozkazał głosem nie znoszącym sprzeciwu. Chłopak spuścił głowę, wiedział że nie ma szans w otwartej kłótni z mistrzem. Zmarkotniał.
- Dziwnie się czuje... w tym garniturze.
- Ale wyglądasz świetnie. I tak ma zostać. Zresztą ją też zakładam garnitur, jakby to miało cię pocieszyć. 


-----------------------------
Napisane dawno temu, brak jakichkolwiek powiązań z postaciami z powieści J.K. Rowling.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz