Prolog
- Gotuj broń! - pięć luf strzelby powędrowało w stronę celu.
- Cel! - zgodnym piknięciem pięć laserów celowniczych w rekordowo krótkim czasie spotkało się w jednym miejscu, na piersi przywiązanego do słupa mężczyzny, z czarną opaską na oczach.
- Pal! - równy wystrzał spłoszył stado wron, które zleciały się jakby specjalnie na ucztę.
Rozdział I
I Federacja... azyl dla uciekających z Imperium. Oaza dla spragnionych sprawiedliwości i aktualnie nie osiągalna.
- Mówię ci! Gdyby nie ten myśliwiec, wygrałbym!
- Ta... jasne. - dwóch nastolatków przechodziło korytarzem zmierzając do stołówki.
- Serio!
- Ta... wiem, jesteś wspaniały, niesamowity, w ogóle pod każdym względem najlepszy. Słyszałem to już z tysiąc razy! - zarzucił koledze zuchwalstwo wysoki szatyn z srebrnymi oczami.
- Co cie ugryzło? - zdziwił się nie na żarty tamten zatrzymując ich pochód. Szatyn obrócił się do niego twarzą i widząc ogrom nonszalancji w jego postaci, doznał dziwnego uczucia, że zaczyna brakować mu powietrza.
- Nic. Tylko... cały czas mówisz jaki jesteś niesamowity! Że prawie wygrałeś, że gdyby nie ten głupi myśliwiec byłbyś najlepszy. Ciągle tylko ty, i ty! A ja to co? Mnie tam nie było!?
- Wrzuć na luz Lu... Jesteśmy kumplami, nie? - rzucił chłopak i wyminął kumpla wchodząc przez dwuskrzydłowe drzwi na stołówkę.
- Nie mów do mnie Lu!! Mam na imię Lucjusz!! - krzyknął poirytowany i pobiegł za nim.
- Słucham?
- Ja poproszę... frytki, udko w panierce, sałatkę dobrą jakąś i ... Colę. - kobieta popatrzyła na niego jak na nienormalnego.
- Ta... jasne, co jeszcze?
- Faszerowanego indyka! - krzyknął ktoś z tłumku studentów.
- Kurczaka w jarzynach! - odkrzyknął mu drugi zanosząc się śmiechem.
- I... może być ketchup. - kobieta zmierzyła go wzrokiem i biorąc jego talerz, nałożyła jakiejś żółtej papki i dorzuciła kawałek gumy, który z dużą ilością dobrej woli można było nazwać mięsem.
- Eee... co to? - zapytał z lekkim obrzydzeniem chłopak.
- Obiad? - odpowiedziała mu kobieta z diabelskim uśmiechem.
- A to żółte?
- Pure ziemniaczane. - Aha...
Przyglądając się badawczo żółtej papce, biorąc szklankę herbaty, zajął stół przy ścianie. Zaraz potem dosiadł się do niego Lucjusz również wrogo spoglądający na swoje pure.
- Oni chcą nas otruć, czy jak? - osądził przyglądając się złowrogo żółtej papce.
- No... raczej. - brzmiała odpowiedź. - Kto by to jadł?
- Wolisz umrzeć z głodu? - padło pytanie, które nie doczekało się swojej odpowiedzi. Z obrzydzeniem wymalowanym na twarzy dwójka przyjaciół wzięła się za jedzenie.
- Wiesz Max, zastanawiam się czy nie wstąpić do Akademii.
Tak poważne oświadczenie spowodowało zatrzymanie ruchu dostarczania pokarmu do gardła Maxa, związku z czym łyżka wisiała zaraz przed otwartymi ustami bruneta.
- Mówisz serio? - zapytał gdy oswoił się z myślą, że jego najlepszy przyjaciel chce zostać bądź co bądź, pilotem wojskowym.
- Rebelia się rozwija! Ma silnego przywódcę, sprzymierzą się z Federacją. Na pewno obalą Imperium!
- Zaraz... a czy Akademia nie należy do Imperium?
- Nie. Została wzniesiona na terenach strefy.
- Czego!?
- Max, czy ty choć raz byłeś na jakiejś lekcji oprócz wychowania fizycznego i symulatorów?
- Eee... nie marudź tylko wytłumacz co to ta strefa.
- Ech... To ziemie nie należące do żadnej z frakcji. Możesz tam spokojnie pojechać i nikt nic ci tam nie może zrobić. Ale nie przyjmują emigrantów, bo strefa obejmuje jedynie pustkowie Tyriona.
- Tylko tyle?
- Eche... - zrezygnowany Lucjusz wrócił do grzebania w papce ziemniaków.
- Lepiej by to wszystko smakowało gdyby tego tak nie mielili i dawali zwykłe ziemniaki. - mruknął Max.
- Właśnie. - przyznał mu racje będąc myślami daleko, w murach Akademii.
- X 1 zgłoś się! - średniego wzrostu mężczyzna wołał zdenerwowany do radiostacji, stojąc przy panelu i spoglądając przez iluminator z grubego i wytrzymałego materiału.
- Powtarzam X 1 zgłoś się! - i nawet teraz nie otrzymał odzewu.
- Powtarzam X...
- Daj spokój Tom, rozbił się, albo coś. - do pomieszczenia weszła szczupła kobieta o drapieżnych rysach twarzy.
Myśliwiec typu Szerszeń z wymalowanym na stateczniku zatartym znakiem „X” wykonał obrót wokół własnej osi, dokładnie w tej samej chwili kiedy został ostrzelany przez inny myśliwiec, w rezultacie wykonując zgrabny unik. Z lewego silnika wydobywały się kłęby dymu zakłócający idealnie wyważoną konstrukcje, przez co pilot musiał więcej uwagi przywiązywać utrzymaniu równowagi, niżby chciał. Obejrzał się za siebie i widząc wrogą jednostkę, o kształtach przybliżonych do odwróconej litery T, westchnął ciężko.
Od samego początku wiedział, że ta operacja zakończy się totalną klapą. I stało się. Z całego oddział jaki mu przydzielono ostał się tylko on – dowódca i trzech najlepszych pilotów, których gdzieś tam zostawił z tyłu. Nie mógł zawołać ich przez radio bo to, taktownie się spaliło, jak zawsze gdy go najbardziej potrzebowano. Wykonał zwrot na lewo, unikając trafienia przez torpedę. Miał szczęście, że nie miała automatycznego namierzania, bo nie wywinąłby się. Szerszeń wykonał przewrót przez lewe skrzydło zajmując pozycję za zdezorientowanym pilotem siedzącym mu na ogonie.
- Teraz ci pokaże... - wymamrotał zadowolony pilot Szerszenia i nacisnął guzik na sterze, wypuszczając salwę z dział laserowych. Trafił w bak na lewym skrzydle powodując wybuch, który wytrącił maszynę z równowagi. - To powinno zająć go na bardzo długi czas.
Wrogi statek zaczął spadać ku płynącej kilkadziesiąt metrów pod nimi rzece. Pilot spojrzał na radar o zasięgu dwustu metrów. Na zielonym tle nie było widać żadnej jednostki, latającej, jeżdżącej ani nawet pełzającej.
- Nie dobrze... - miał nadzieję, że w końcu odnajdzie resztę oddziału X i wrócą do bazy Rebelii.
A tu pustka. Na nieszczęście na pulpicie zaczął migać alarm oznaczający szybki spadek paliwa. Nim pilot zdążył podjąć jakiekolwiek działanie, bak wbudowany w podwozie Szerszenia eksplodował. Ogłuszający dźwięk wybuchu przebił mu wszystkie bębenki słuchowe, kiedy system katapultował go z szczątek maszyny. Pilot jeszcze w szoku automatycznie wylądował w wysokiej trawie, schował spadochron do plecaka i wrzucił do jamy pod pobliskim pagórkiem. Otarł pot z czoła, po maszynie nie zostało nic.
I teraz przyszedł czas na logiczne myślenie, co teraz z sobą zrobić. Na szkoleniu wpajano im by bo katapultowaniu się, znaleźć obszar zabudowań i skontaktować się z centralą. Ale gdzie na totalnym pustkowi znaleźć radiostację!? Rozglądnął się dookoła, szukając choćby namiotu.
Rozczarowany wzruszył ramionami i ruszył przed siebie. W upalnych płomieniach słońca błysnęła plakietka z napisem: Jonathan McRelly – 0435.
- Ale słońce grzeje... - najlepsi przyjaciele siedzieli na murku, na dziedzińcu Szkoły Gimnazjalnej Pilotów. Mieli na sobie krótkie spodenki, i podkoszulki z krótkimi rękawami.
- Lato idzie, zostały dwa tygodnie szkoły! - krzyknął rozradowany Max, ciężko opadając na trawę pod murkiem.
- Mnie się nie spieszy do końca roku szkolnego. - wymamrotał Lucjusz spuszczając oczy na Maxa.
- Ech... - westchnął brunet podnosząc się z ziemi. - Czemu?
- Temu, że to ostatnie trzynaście dni w tej szkole. Jesteśmy pod władzą Imperium, wezmą nas do wojska! Na jakiś piechurów... pfi!
- Weź nie przesadzaj, jesteśmy ze szkoły pilotów, na pewno posadziliby nas za sterami.
- Śmieciarki, chyba.
- Co cie ugryzło, Lucjusz!?
- Nico. - odparł i zeskakując z murku ruszył rozjuszony w stronę budynku.
- Co mu się dzieje? - zapytał głucho Max nie rozumiejąc o co się rozchodzi jego najlepszemu przyjacielowi. Czy to możliwe żeby się tak nagle od siebie oddalili? Ale rozmyślanie o nagłym wzburzeniu kumpla, zepchnęła głębiej w świadomość myśl o zbliżającym się wyścigu trzecioklasistów.
Co roku organizowano wyścigi trzecich klas. Mógł się ścigać każdy szesnastoletni absolwent szkoły, który posiadał pojazd z co najmniej z silnikami anty grawitacyjnymi. A Max posiadał taki, lepiej, jego ścigacz miał dwa silniki TX-2100. Jak najlepszy w rankingu pół roku temu, udostępniony trzeciej klasie społecznej, taak trzeciej klasie...
Imperium było okrutne, dzieliło społeczeństwo na trzy klasy. Na klasę roboczą, czyli większą część społeczeństwa, na obywateli, ludzi którzy zajmują urzędy w władzy Imperium, i na magnatów, najmniejszy procent społeczeństwa, ludzi rządzących, bogatych i wpływowych. Prawie niemożliwe było przeskoczenie z jednej klasy do drugiej. To było niesprawiedliwe i wszyscy to wiedzieli, wszyscy oprócz tych, którym to odpowiadało.
Wyścig zaczynał się za tydzień, w święto szkoły. Max skierował się w stronę garaży, by jeszcze raz spojrzeć na to, co pozostało mu po zaginionym ojcu na froncie. Jego ścigacz miał opływowy kształt, podłużny i wydłużony kadłub zamieniał się w wmontowany na stałe silnik TC-1500, o mocy stu punktów astralnych w skrócie pa, co w przybliżeniu wynosiło sto kilometrów na godzinę. Ale sto kilometrów jako maksymalna szybkość nie zaspokajała ambicji Maxa i zamontował jeszcze mniejsze silniki przy bokach maszyny, dwa TX-2100, o łącznej mocy stu pa, czego w rezultacie otrzymał dwieście pa. Poza tym fabrycznie miał jeszcze silnik anty grawitacyjny TM-5 o mocy pięciu jednostek, czyli lewitacji przy co najmniej trzydziestu pa na godzinę, związku z czym maszyna miała zamontowane koła z grubymi oponami. Zastanawiał się nawet ostatnio, o zamontowanie jeszcze jednego silnika TX-3000 o mocy trzystu pa, który wszedł na rynek trzy dni temu. Ale nie miał ani miejsca na zamontowanie, ani pieniędzy na zakup.
Nagrodą za wyścig rocznicowy było trzydzieści tysięcy kredytów. Za taką sumę można było odkupić dwa używane Szerszenie drugiej wersji od armii. Dwa silniki TC-1400 o łącznej mocy stu sześćdziesięciu pa i silnik anty grawitacyjny TM-10 o mocy dziesięciu jednostek, czyli o stałej lewitacji. Aktualnie używają czwartej edycji z dwoma silnikami TC-1700 o łącznej mocy dwustu osiemdziesięciu pa i z tym samym silnikiem TM.
- Federacja... - wyszeptał. Ale co ona tutaj robi? Na ziemiach Imperium? Coś jest nie tak... Kadłub Korwety opadał na dół i miał grube, przyciemniane iluminatory. Reszta maszyny była opływowa i aerodynamiczna. Wielkie silniki TC-4500 o łącznej mocy tysiąca dwustu pa, rozmieszczone były po bokach maszyny nadając jej drapieżnego wizerunku.
To musiał być statek pozaatmosferyczny, skoro posiadał tak potężne silniki, gdzie najszybsza maszyna atmosferyczna Imperium ma dwa silniki TC-2300 o łącznej mocy trzystu sześćdziesięciu pa, nie wspominając o paru dodawanych TX dla większej zwrotności.
Coś syknęło, John przestał rozmyślać i rozejrzał się, to Korweta przygotowywała się do startu, uniosła się półtorej metra nad ziemię, schowała podstawy i nakierowując dziób w stronę nieba z dziwnym gwizdem ruszyła z prędkością tysiąca kilometrów na godzinę. Zaraz za nią trzy razy mniejszy myśliwiec typu „Karnas” z silnikiem TCx-4400 czyli silnikiem podstawowym z możliwością podrasowania o mocy pięciuset osiemdziesięciu pa. McRelly wyszedł z krzaków wciąż śledząc wzrokiem czarny punkcik na niebie. Rozejrzał się, by sprawdzić czy czegoś po sobie nie zostawili. Jedyne co zostało to pognieciona trawa i rozbity „Karnas” schowany w rowie, za wysoką trawą. Byłby go przeoczył gdyby nie zachodzące słońce, które odbiło się od iluminatora. Obejrzał dokładnie maszynę, nie wyglądała na poważnie uszkodzoną. Kilka rys na gładkiej, metalicznej powierzchni silnika i złamane działko laserowe. - Jak ja go stamtąd wyciągnę... - zastanawiał się na głos pilot rozbitego Szerszenia. - Gdyby silnik działał można by wyjechać... dobrze że jest dziobem do przodu... - Jak powiedział, tak zrobił, zsunął się do rowu, wdrapał się na fotel pilota przez otwartą szybę ochronną, spojrzał na panel sterowania i oniemiał na chwilę, dopiero teraz sobie przypomniał, że nigdy nie latał tym typem. Kierując się przekonaniem, że myśliwce projektowano tak, by wszystko było pod ręką, przekręcił wystającą rączkę. Coś syknęło i kabina zaczęła się zamykać, ale w połowie się zatrzymała.
John westchnął...
- No nic, będę leciał nisko. - przyjrzał się przełącznikom, guzikom i pokrętłom. - Gdybym był włącznikiem komputera, gdzie bym się schował? - po krótkim namyśle nacisnął niebieski guzik. Nic się nie stało. Nacisnął drugi niebieski guzik obok poprzedniego, też nic się nie stało. Zrezygnowany zaczął naciskać co się tylko dało. Nie widząc żadnego odzewu, zsunął się po fotelu. Wtedy w oko wpadł mu szerszy, zabezpieczony przeźroczystą klapką przełącznik. Zerwał się gwałtownie do niego i podnosząc klapkę przesunął przełącznik do góry, gdy odsunął palec ten znów spadł. Przesunął go do góry cały czas przytrzymując. Coś syknęło, trzymał dalej, kontrolki mignęły różnymi kolorami. Silnik pomruczał i zgasł, gdy już nic się nie działo, John puścił przełącznik. Nie dając za wygraną znów przycisnął go do góry, znów silnik zaczął się krztusić, kontrolki mignęły ze dwa razy aż w końcu John usłyszał miarowe mruczenie dwóch silników. Puścił ostrożnie przełącznik, jakby się obawiał, że znów się wyłączy. Jednakże nie opadł. Zadowolony z choć połowy sukcesu John zaczął szukać włącznika komputera pokładowego. Poszło mu o wiele łatwiej, gdy kontrolki się podświetliły wszystko zostało opisane.
- Tu jest za mało przełączników jak na myśliwiec pozaatmosferyczny... - mruknął przełączając trzy przełączniki naraz. Coś mignęło przed iluminatorem dwa razy, po czym pokazał się zielony hologram ekranu komputera. Johnowi zaparło dech w piersiach. To była dopiero technologia... Na czerwono migał napis: HASŁO DOSTĘPU.
- Eee... - zająknął się pilot. - Czemu nigdy nic mi się nie udaje! - krzyknął rozgoryczony. Ze złości walną pięścią w kontrolki a ku jego zdziwieniu, na hologramie wyświetliło się: HASŁO POPRAWNE. Po chwili napis znikł a jego miejsce zajął skomplikowany interfejs maszyny. Po bardzo długiej chwili John mniej więcej wiedział co do czego służyć powinno. Komputer wskazywał na niską zawartość paliwa w zbiornikach.
- To pewnie dlatego go zostawili... - rzekł do siebie. Poza tym pokazywał sześćdziesiąt procent uszkodzenia lewego silnika i czterdzieści procent prawego oraz trzydziestoprocentowe uszkodzenie poszycia. - Co oni z nim robili!? - wyrwał mu się okrzyk zdumienia. Z takimi uszkodzeniami myśliwiec rozpadłby się przy pułapie czterystu metrów. Rozkazał komputerowi obliczyć optymalną wysokość i prędkość przy okazji włączając autodestrukcję i ją wyłączając jak i przełączając się na tryb pilotażowy i wracając do systemu. Po paru sekundach komputer podał mu wyniki, dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę przy wysokości maksymalnej silnika TM-10, czyli około dwóch metrów nad ziemią.
- Taa... to już deska grawitacyjna ma maksymalną szybkość stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. - westchnął. - No ale nic, trzeba dolecieć do zabudowań. - rzekł zrezygnowany i zaczął analizować interfejs. Po chwili znalazł włącznik silnika anty grawitacyjnego, wcisnął przycisk a na hologramie wyskoczył jakiś program, pokazał kilka błędów w raporcie, po czym zoptymalizował moc silnika. Myśliwiec uniósł się kilkadziesiąt centymetrów nad ziemię.
- O kurcze, wszystko zależne od komputera... to na co tutaj pilot, skoro on wszystko robi? - Przełączył się do trybu pilotażowego, pamiętając jak go wcześniej włączył. Przyciemniony dotąd iluminator zmienił kolor na zielony i pojawił się na środku graficzny znak celownika, na dolnym prawym rogu widniały jakieś liczby. John dopiero teraz się zorientował, że nigdzie nie ma steru.
- No świetnie, ale jak ja mam tym sterować? - rozejrzał się po kontrolkach, zapalonych było kilka, większa część była nieaktywna. McRally włączył największy przełącznik ale nic się nie stało. Dopiero później zobaczył, że trochę niżej było pokrętło, wskazujące na OFF. Przekręcił je na ON. Dwie kolumny kontrolek zapaliło się na czerwono. John znów włączył ten sam przełącznik, na hologramie wyświetlił się napis: ZOSTAŁO DO KATAPULOTAWANIA: 4... 3... - O cholera! - 2... John siłował się z przełącznikiem by znów przesunąć go na dół. 1... W końcu oprzytomniał i przekręcił pokrętło na OFF. PROCES ANULOWANY. Pilot westchnął, mało brakowało. Ale był pewien, że to zwalniacz steru nie był. Obejrzał dokładnie cały panel, i zauważył z boku zabezpieczony przycisk. Podniósł klapkę i wcisnął go. Usłyszał odgłos sprężyny a przed nim pojawił się ster. Równo z nim uaktywnił się statecznik poziomy i pionowy.
- Max, jesteś pewien? - zapytał Lucjusz zaraz po tym, jak się dowiedział, co zamierza zrobić jego kumpel.
- Tak! Może byś wreszcie odpowiedział, a nie zadawał w kółko te same pytania! - zirytował się.
- Dobra, zgoda. Ale jak nas złapią...
- Weź nie przesadzaj! Pamiętaj za dziesięć północ w garażach. - warknął poirytowany Max i wyszedł z pokoju należącego do kumpla. Lucjusz opadł na łóżko.
Pokój był skromnie urządzony, z okna, pod którym stało biurko, rozciągał widok na las. Akademia była położona dziesięć kilometrów od najbliższego miasta. Westchnął, wciąż myślał, że nielegalny wyścig nie jest zbyt dobrym pomysłem, czasem odnosił wrażenie, że tylko on martwi się tym co będzie potem... Może za dużo myśli i to nie pozwala mu na zabawę? Wstał, podrapał się po głowie i usiadł przy biurku. Opuścił głowę, a jego wzrok padł na ramkę ze zdjęciem przedstawiającym jego i jego rodziców. Miał wtedy może sześć lat na tym zdjęciu. Pamiętał, że dokładnie dwa dni po tym jak je zrobiono jego ojciec zginął na froncie. Był strażnikiem i wykonywał tajną operację, nawet nie podali przyczyny jego śmierci tylko bezczelnie ogłosili, że zginął w wypadku flycross'ów, myśliwców bojowych. Lucjusz w przypływie złości rzucił zdjęciem o ścianę, usłyszał odgłos pękającego szkła. Schował głowę w rękach. Jego matka również nie żyje, pół roku później zginęła na demonstracji.
Owalne pomieszczenie z okrągłym stołem pokrytym błękitnym godłem Rebelii, tj. Orłem, było wypełnione oficerami. Wszyscy siedzieli, stała tylko jedna osoba Andera Verson, adiutantka Generała Beau Forevera. Miała bardzo przykrą wiadomość.
- ... Generał Beau Forever niestety został rozstrzelany na placu egzekucyjnym w opuszczonej jednostce wojskowej Imperium. Uczcijmy jego śmierć minutą ciszy. - Wszyscy z żalem i zaskoczeniem rozmyślali o zmarłym oficerze.
- Co teraz zrobimy!? Bez niego nie uda nam się zwyciężyć! - zakrzyknął któryś z oficerów.
- Do tego prawdopodobnie straciliśmy najlepszy oddział... - Powiedział inny.
- Eskadrę X !? - zbulwersował się tęższy jegomość, który sfinansował zakup myśliwców, tego oddziału.
- Nie jest pewne czy na pewno została zestrzelona, nie dostaliśmy żadnej wiadomości. - sprostowała Andera.
- Co teraz?
- Powinniśmy w końcu sprzymierzyć się z Federacją. - rzekł któryś z starszych oficerów z bystrymi srebrnymi oczyma.
- Federacja jest neutralna nigdy nie pomoże nam w działaniach wojennych przeciw Imperium. - Wyjaśniła adiutantka, a wokół zapanowała cisza. Jedyne co było słychać to brzęczenie hologramu przedstawiającego mapę terenów Imperium. Za grubymi iluminatorami widać było gwiazdy na granatowym tle, poprzetykane szarymi głazami lewitującymi w nicości.
Baza Rebelii znajdowała się w przestrzeni kosmicznej pośród pasa asteroid między czwartą a piątą planetą układu Zan.
Rozdział II
- Więc przyszedłeś? - bardziej stwierdził niż zapytał Max opierając się o maskę swego ścigacza.
- Taa... - odparł Lucjusz spuszczając głowę, o mało go nie przyłapali gdy wymykał się z kampusu.
Brunet podpiął swoją maszynę do komputerka analitycznego, jakimi posługiwali się technicy a co było ostatnim przebłyskiem mody u elektromechaników. Palmtop podłączało się do zabezpieczonego gniazdka, potem należało podać kod dostępu a na koniec na ekraniku wyświetlone zostały dane techniczne maszyny. Ilość paliwa w zbiorniku, stan zużycia poszczególnych części, które są najbardziej podatne na zużycie, stan silników, czy nawet starcie opon.
- I?
- Co? A... W porządku, przecież dbam o niego, nie? - odburknął Max. Lucjusz pokręcił głową. Wyminął chłopaka i ściągnął płachtę szarego, brudnawego materiału z maszyny przyjaciela. To był porządny ścigacz, wręcz jeden z najszybszych, choć w oczy kuł słaby silnik niwelujący grawitację, który potrzebował wspomagania, a samo to mogło zaważyć na zwycięstwie w wyścigu.
Właśnie wyścig... Lucjusz nie mógł zrozumieć postępowania Maxa. Ten chciał się ścigać tydzień przed oficjalnymi wyścigami...
- A tak właściwie co ci po tym wyścigu? Przecież jak nas złapią będziemy mieć przekichane. - wymruczał mrużąc oczy i sprawdzając nogą powietrze w oponach.
- Ech... jeśli mi się uda go wygrać będę miał dziesięć razy łatwiejszy wyścig jubileuszowy.
Lucjusz spojrzał przenikliwie na przyjaciela wychylając się za kadłuba i podpierając się na statecznikach.
- Do wygrania silnik anty grawitacyjny... TM-9. - wyjawił brunet z błyskiem w oku, co znaczyło, że już nic nie zdoła zmienić jego zdania. Szatyn westchnął.
Przygotowali ścigacz a gdy od północy dzieliło ich z dziesięć minut wyprowadzili po cichu maszynę z hangaru.
Ruszyli do lasu, w miejsce gdzie był najrzadszy, a gdzie miał odbyć się nielegalny wyścig.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz