niedziela, 1 maja 2011

Twórczość własna - Zbója przygoda

Zbója przygoda

Echem lasu ciemnego głos końskich kopyt się rozchodził. Ptaki wystraszone podrywały się do lotu, krzycząc głośno. Spłoszone sarny uciekały w popłochu przed konia kopytami. Środkiem dróżki zarośniętej czarny ogier piękny ją jechać, skóra jego aksamitna niczym onyks, kamień szlachetny błyszczała. Jeździec jego lekko był ubrany w szatę brązową, która skrupulatnie o jego posturze informacji broniła. Nachylony on nad łbem konia wyniosłym w galopie jechał, ruchami płynie ruchy wierzchowca swego przyjmując.
Przy siodle z skóry czarnej, pochwa brązowa miecza krótkiego zwisała. Nie tyle on do walki a co do postrachu jeźdźcu towarzyszył. Za siodłem mocnym i praktycznym, bez ozdoby żadnej, torba obszerna przymocowana była.
Skupioną minę jeździec przybrawszy, pod gałęziami pełnymi liści ciemno zielonych się uchylał. Niewiele drogi mu jeszcze zostało, las rzadszy się zdawał. Szlaku mu w lesie zbój niebezpieczny żaden nie zastawił, za co śpiesząc się człek boga swego błogosławił.
Wilki z błyskiem w oku ruch każdy konia śledziły, czujne ślepia władców lasów badały gości nieproszonych uwagą wielką. Na dróżkę światła więcej padało, ptactwo mniej płochliwe się stawało.
Przekorą wielką bogom na drodze podróżnika zbój wielki, niczym dąb stanął. Mięśnie jego jak u silnego kowala, miecz mocny, ze stali. Mina groźna niczym wyzwanie śmiertelne rzucająca. Jeździec pociągnął gwałtownie za cugle, koń zarżał głośno, kopyta przednie wyprostował w ziemie wbijając. Zbój nie zląkł się nawet i wytrwale na swym miejscu trwał.
Ogier parsknął niezadowolony, niecierpliwy obrócił się dookoła i oczy swe błękitne w łotra wlepił. Wędrowiec wyprostowawszy się na siodle rękę swą prawą położył na kolanie, wokół lewej cugle zawijając. Postawa jego sugerował urodzenie wyjątkowe. Szlachcic to jaki? Arcyksięcia syn marnotrawny, może?
- Stój Waćpan, kaptur zdejmuj, ale już! – Zakrzyknął zbój groźnie, z obawą w sercu niewielką, by przeciwnik zbyt pewny siebie mu się nie nadarzył. Lecz ten nie zbyt chęcią do pomysłu tego pałał. Koń piękny niecierpliwić się śmiertelnie zaczął, przez co znów kółko zrobił.
Łotr nie wiedząc o co tamtemu się rozchodzi ją się denerwować powoli.
- Coś ty głuchy!? Społeczeństwa wyrzutek!? Maści znalazł się mądry! – I śmiejąc się szaleńcze mieczem wymachując rzucił się na jeźdźca. Ten w mig reagując uniknął konfrontacji koniu w przód karząc się przesunąć. Walczyć nie chciał on, krzywdy nikomu wyrządzić nie chciał. Lecz człek niewierny prosi sam o nauczkę, co zrobić ja mam? Myśli się w głowie jego kotłowały, gdy gladius, miecz krótki parował ciosy oręża kowala grubego.
Decyzje podjąwszy, konia boki uderzył mocno, a ten w odpowiedzi zerwał się z kopyta silnie przednie kończyny wpierw wysoko podnosząc. Wędrowiec puścił się szybkim galopem, w tyle zbója zmachanego zostawiając.
Lecz moralność się szlachecka w nim ozwała, któż to widział, by z pojedynku pola, choć nie szlachetnego w zapas nogi brać? I znów gwałtownie za cugle pociągnął, koń rżąc głośniej jeszcze bardziej łeb do tyłu nachylił, kopyta przednie prostując. A gdy zatrzymał się wreszcie, za siebie jeździec go poprowadził. Młynek mieczykiem zrobił i najlepszy atak na wroga wybierał.



Łotr nie wiedząc co tamtemu do głowy strzeliło, cieszył się tchórzostwem tamtego przed chwilą. Teraz strachu jeszcze większego nabrał i jak dąb niedowierzająco stanął.
Ogier zarżał i ruszył kłusem w przeciwnika stronę. Zbliżał się bardziej coraz, lecz zbój trzeźwości jeszcze nie odzyskał.


------------------
Pisane dawno temu, widać wyraźnie zły wpływ lektur szkolnych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz