środa, 29 czerwca 2011

Twórczość Własna - Pustynny Kruk

Pustynny Kruk

Rozdział I




    Skwar południa. Gorące powietrze wlewało się za jego kołnierz niczym leniwa, gęsta maź roztopionej stali, powodując gorąc i dziwne uczucie rozpływania się.
Po jego plecach i czole co rusz spływały zimne krople słonego potu. Słońce prażyło niemiłosiernie zmuszając wszystko co żywe do zrezygnowania z wyjścia na powierzchnię. Tylko on nie uległ instynktowi i parł naprzód pośród wyschniętych traw i rozgrzanych kamieni. Powietrze drgało w oddali, gdy po raz wtóry starł pot z czoła.
- Już nie daleko, śliczna. - wychrypiał, gładząc z uczuciem wypłowiałą grzywę srokatej klaczy, która zastrzygła mu uszami w odpowiedzi. Wędrowali już trzeci dzień lecz jak dotąd końca ich wędrówki nie było widać.
Wnet na horyzoncie zamajaczyła cienka, czarna linia ciągnąca się z jednej strony i kończąca się po drugiej nieco wyżej. Czarny wąż na widnokręgu rósł z czasem, aż w końcu jeździec zorientował się iż to nie fatamorgana a cel ich wędrówki. Uśmiechnął się półgębkiem.
Słońce chyliło się już ku zachodowi gdy trawa stawała się zieleńsza a z oddali słychać było cichy trel ptaków. Zbliżali się do oazy powolnym krokiem zmęczonych podróżników. Klacz pokręciła łbem i zaprzestała wędrówki – była zbyt zmęczona.
Jeździec wyprostował się, poprawiając zsuwające się nakrycie głowy zszedł z konia, prostując obolałe kości. Był zmęczony tak samo jak jego towarzyszka. Pogłaskał ją po chrapach, potem po łbie wciąż patrząc swymi brązowymi oczami w jej błękitne ślepia. Klacz polizała go po ręce. Uśmiechnął się lekko i chwytając za cugle zaczął prowadzić ją w stronę zielonej trawy i czarnego węża tuż nad horyzontem.
Mimo iż opierała się na początku, ruszyła za nim. Gdy słońce stykało się już z linią horyzontu, a świat zaczął powoli tracić kolory, dotarli do obrzeży tęsknie wypatrywanej oazy. Przystanął na chwilę chłonąc widok wysokich, smukłych palm i plamy niebieskiego jeziora skrytego za nimi. Całość dopełniały kolorowe ptaki przekrzykując się nawzajem skrzekliwie.
Nie czuł już swych stóp, jego ciało było zdrętwiałe a skóra wyschnięta i nieprzyjemnie szorstka. Z wysiłkiem ruszył lewą nogę i ciągnąc klacz za sobą przedzierał się przez palmy aż dotarł do obniżenia terenu. Stanęli naprzeciw niedużego jeziorka wypełnionego przeźroczystą, orzeźwiającą wodą.
Puścił cugle, zwierzę nie czekając na pozwolenie ruszyło szybko w stronę brzegu i pochylając łeb zaczęło łapczywie pić.
Mężczyzna zanim ruszył śladem zwierzęcia, nazrywał wcześniej dużych, okrągłych owoców rosnących na wysokich krzakach i posilając się nimi zostawił parę dla konia.
Ruszył potem jego śladami, a stając przed brzegiem, zrzucił z głowy połacie gorącego i wilgotnego od potu materiału, odpiął skórzaną pochwę miecza od pasa kładąc go ostrożnie na trawie, rozwiązał później płócienny pas obwiązany wokół jego tali, uwalniając związane poły tuniki, ściągnął je, zsunął spodnie, ściągnął skórzane buty wraz z pasmami materiału obwiązanego na stopach i całkiem nagi wszedł do zimnej, ochładzającej wody.
Został bez broni. Na brzegu jego świadomości tliła się ta myśl wywołując przemożną chęć sięgnięcia po zostawiony oręż i wywołując nieprzyjemne ściskanie w żołądku. Czuł, że teraz nie da rady się obronić, gdyby coś nagle go zaatakowało, jednakże zdając się na instynkt, który zawsze alarmował go o zagrożeniu, starał się zrelaksować.
Wszedłszy na głębszą wodę zanurzył się cały na długie sekundy, by potem wynurzyć się i praskając wodą przeczesać palcami, czarne wyblakłe od słońca, przydługie włosy. Starał się jak najszybciej opłukać, a gdy jego ciało przeszły pierwsze dreszcze zimna, wrócił na brzeg i przechodząc koło stojącej po kolana w wodzie klaczy, stanął nad kupką niegdyś białych a teraz płowych ubrań.
Bogate w brunatne smugi i wszelkiej maści zabrudzenia prezentowały się na tyle żałośnie, że nie zastanawiając się ani chwili dłużej, wrzucił ubrania do wody. Wziąwszy przypadkowy kamień, kucnął i zaczął mozolnie trzeć materiał w zimnej wodzie.
Co prawda nie udało mu się pozbyć większości zabrudzeń ale niewątpliwe pozbył się zapachu potu i pyłu. Zaczął wykręcać parokrotnie każdy element swego odzienia, a gdy skończył wyłożył ubrania na rozgrzanych przez dzień kamieniach i siadając na jednym z nich, wraz z swym mieczem, obserwował mozolny proces chowania się słońca za czarną, dość wysoką linią horyzontu.
Klacz położyła się koło niego patrząc niewątpliwe w tę samą stronę.
Gdy słońce wreszcie zaszło a oazę rozświetliła srebrna łuna prawie pełnej tarczy księżyca, postanowił sprawdzić stan swoich ubrań.
Większość z nich była już sucha, jednakże spodnie wciąż były wilgotne na nogawkach. Wraz z schowaniem się słońca temperatura drastycznie spadła, więc nie bacząc na nic założył na siebie wszystko z powrotem, odstawiając koc, którym był owinięty. Spojrzał na klacz, którą w międzyczasie rozsiodłał, spała z podniesionym łbem. Postanowił przespać tę noc i ruszać dalej ku czarnej, grubej linii daleko przed nimi.




Było południe następnego dnia, gdy zbliżyli się do swojego celu na taką odległość, że wielki czarny kamienny mur zasłaniał mu połowę pola widzenia. Mężczyzna mógł już rozróżnić masywne wieże od cielska połyskliwych kamieni. Niewątpliwie byli bardzo blisko swego celu.
Jakiś już czas temu zjechali z wysokich traw, już odświeżeni i pełni życia, na szeroką ubitą drogę, którą niewątpliwie często podróżowano, wtedy mury zasłaniał niewielką część horyzontu, był jednakże bardzo dobrze widoczne.
Podróżowali teraz głównym traktem do Czarnej Metropolii, niedaleko za nimi szła pieszo grupka pobliskich wieśniaków z słomianymi kapeluszami na głowach. Przed jeźdźcem jechał zakryty wóz, a daleko przed nimi widniała wielka wyrwa w murze, którą niewątpliwe była brama do stolicy, celu jego wędrówki. Długi czas później blisko południa stanął przed wielkim murem i równie wielką bramą główną. Przejazd był tak szeroki, że można by przeprowadzić defiladę całego oddziału kawalerii i zostałoby trochę miejsca. Westchnął, zawsze gdy mijał ten osobliwy wjazd czuł się nic nie znaczący, malutki i straszne kruchy, te mury stały tutaj tysiące lat przed przybyciem jego rasy w ten zakątek świata.
Minąwszy bramę jego słuch zaatakowały krzykliwe nawoływania sprzedawców wystawiających różne towary i starający się wcisnąć je wszystkim wokoło. Przed nim przelewała się rzeka ludzi przez dość szeroką, wyłożoną kamieniem ulicę, otoczoną krzywo stojącymi kamienicami.
Dopiero po chwili zorientował się, że strażnik, który go przepuścił coś do niego mówił. Nie było to jednakże nic ważnego, gdyż nie wołał za nim gdy ruszył naprzód. Postanowił przejść się do tawerny i zjeść porządny posiłek, zanim zrobi to po co tutaj przybył.
Prowadząc konia między rwącą rzeką kolorowo ubranych ludzi, szukał wzrokiem szyldu znanej sobie karczmy. Gdy wreszcie znalazł kawałek drewna podwieszony pod wysuniętym balkonem z wymalowanym świniakiem, wiedział, że znalazł się na miejscu. Z drzwi wybiegł szybko żylasty, młody chłopak i z wielkim uśmiechem na swej pełnej piegów twarzy rzekł:
- Witajcie w karczmie „Pod dobrym wieprzem”! Pozwólcie zając się koniem. - po czym nie czekając na reakcję mężczyzny, wziął z jego ręki rzemienie i zaczął prowadzić konia w stronę budki z sianem. Podróżnik uniósł kąciki ust, chłopaczek zawsze wybiegał gdy widział, że się zbliża. Nie wiedział jednakże skąd się brała ta sympatia, bo na pewno stałym elementem jego pracy nie było witanie gości jeszcze przed budynkiem.
Ruszył z wolna w stronę wejścia, otworzył drzwi na oścież i rozglądnął się po wnętrzu. Spodziewał się zastać zatęchłe powietrze, pełne tytoniowego dymu i smrodu sfermentowanego alkoholu, stoły zawalone jedzeniem i pijaków śpiewających sprośne piosenki, jednakże mile się zdziwił zastając pomieszczenie pustym.
Po chwili do jego umysłu wdarł się niepokój a jego ręka automatycznie i całkiem naturalnie spoczęła na rękojeści miecza.
- Niech to wszystko świnie zeżrą! - krzyknął ktoś za drewnianej ściany, a po chwili jego oczom ukazał się tęższy jegomość drapiący się po brodzie. Spojrzał na przybysza i stanął. - Witajcie, dawno was nie było...
Podróżnik uśmiechnął się krzywo.
- Daj co tam dobrego masz. - rzekł i usiadł za stołem.
- A tak oczywiście, co najlepsze dla naszego pana. - odparł właściciel i kłaniając się służalczo wrócił tam, skąd przyszedł.
Nastała cisza, podróżnik zamknął oczy zatapiając się w nią. Z transu wyrwał go gruby głos mężczyzny.
- A co tak dzisiaj nietypowo ubrani jesteście?
- Przeprawiałem się przez pustynię. - odrzekł zapytany, a karczmarz pokiwał głową rozumiejąc.
- A co tak tutaj dzisiaj pusto? - zapytał po chwili brązowooki przybysz patrząc przenikliwie na stojącego naprzeciw mężczyznę. Przed nim stał talerz z kawałem mięsa, parą warzyw polanych gęstym sosem. Mruknął pod nosem.
- A bo tam... straszne się rzeczy porobiły, oj straszne. - zaczął - obrzucając gospodę zmartwionym wzrokiem - gospodarz przysiadając się i stawiając na ławie dwa kufle piwa. - uwierzcie mi na słowo jak wam powiem, że alkoholu mi brakło!
- Ale piwo masz... - zauważył nieco zaskoczony przybysz pomiędzy jednym kęsem mięsa a drugim.
- A tam piwo... - machnął ręką – takie to piwo jak z pajaca Mitana zarządc...
Właściciel przerwał widząc wzburzone spojrzenie rozmówcy i w porę uświadamiając sobie z kim ma do czynienia.
- Panie, co ja w ogóle plotę! Przeca książę Mitan świetnie nami zarządza, niech żyje wiecznie, dajcie Bogowie! - krzyknął na jednym tchu zdając sobie sprawę z oręża jakie trzyma przy boku jego gość. Wydawał się jednak udobruchany. Gdy parę chwil później jego głowa wciąż była na swoim miejscu, cała i zdrowa, odetchnął całą piersią, przepełniony ulgą.
- Ogólnie Mitan zarządził prohibicję, stwierdził, że pijaki zbyt duże wyrządzają szkody... - kontynuował zrezygnowany, patrząc na swe wielkie dłonie. - No ale piwa nie zakazał, ale to, to tak słabe, że nawet nie czuć tego alkoholu.
Nastała chwila ciszy, którą nagle przerwał przybysz:
- A tak w ogóle to jaki dziś dzień?
- Ano środa...
- Środa... - powtórzyły głucho usta jeźdźca a jego wzrok zaszedł mgłą. Po chwili wrócił do siebie, odstawił talerz z niedojedzonym posiłkiem, wypił do końca napój i wstał od stołu.
Poprawiając poły szat skierował się do wyjścia z tawerny odprowadzany wzrokiem gospodarza.
- A co do zapłaty... - doszedł go głos, gdy trzymał już rękę na klamce. Obrócił się w stronę z której dobiegał, z pytającym wyrazem twarzy.
- Skoro klientów nie ma... - zaczął nieśmiało karczmarz.
- Skoro nie ma, ten tydzień płacisz mi jedną dziesiątą tego co zarobisz. - rzekł cicho mężczyzna i zatrzymując wzrok dłużej na pulchnej twarzy mężczyzny, nieco skwaszonej, wyszedł po chwili na zewnątrz.
Minął siedzącego na kamiennym murku żylastego chłopaczka – który poderwał się gwałtownie do pionu na jego widok – i wziąwszy konia z budki zaczął prowadzić go głębiej w prawie pustą uliczkę, obrośniętą domami.
Cała ta uliczka należała do niego, wraz z znajdującymi się na niej budynkami. Dostał ją w posiadanie od zarządcy dziesiątego okręgu Czarnej Metropolii, księcia Artena Mitena, którego karczmarz śmiał przy nim obrazić.
Stanął przed zaniedbaną kamieniczką z przydomowym ogródkiem. Otworzył skrzypiącą bramę i przeszedł przez nią do środka. Zaprowadził klacz do drewnianej stajni i tam staranie ją oporządził. Nasypał jej owsa do koryta i klepiąc ją czule po chrapach skierował się w stronę piętrowego domku. Otworzył kłódkę na drzwiach starym, zardzewiałym kluczem i wszedł do środka. Nie był w tym domu od blisko tygodnia, za ten czas zdążyło przybyć parę nowych pajęczyn a wszystko pokryło się warstewką kurzu.
Skierował swoje kroki na górę i skręcając w lewo przeszedł pierwszymi drzwiami do dość dużego pokoju. Pośrodku stało duże, małżeńskie łoże, a po lewej stała komoda z zawieszonym nad nią lustrem. Przejrzał się i westchnął zniesmaczony. Długa cienka ranka przecinała jego twarz od czoła przez lewe oko aż do lewego kącika ust. Wciąż była czerwona i wciąż piekła niemiłosiernie.
Otworzył górną szufladę komody i wyciągnął okrągłe, metalowe pudełeczko. W środku znajdowała się zielona maść o intensywnym, ziołowym zapachu. Powąchał ją, by upewnić się, że wciąż może jej użyć. Wziął sporo na palec a potem przejechał po całej rance, sycząc z bólu.
Wzdrygając się na koniec, mruknął pod nosem siarczyste przekleństwo. Po chwili epicentrum minęło a mężczyzna odetchnął z ulgą.
Wyglądał dość dziwnie z czekoladowymi oczami, ciemnobrązowymi włosami, śniadą cerą i zieloną smugą przecinającą jego twarz na pół. Zdjął z siebie ubranie i położył się do łóżka, ściągając wcześniej narzutę.
Przez zasłonięte, złotawe zasłony nie przedzierał się nawet mały promyk słońca, gdy zasnął z leżącym obok mieczem.

 

Rozdział II




Szedł pustawą uliczką całkowicie odświeżony i zupełnie inaczej ubrany - tak jak zwykł widywać go gruby karczmarz z „dobrego wieprza”. Miał na sobie wysokie, prawie do kolan utwardzane skórzane buty, mocne skórzane spodnie, płócienną koszulę i czerwonawą marynarkę. Byłby założył pewnie czarny prochowiec lecz było na to jeszcze zbyt ciepło. U jego boku wisiała wiernie pochwa z jego mieczem.
Minął kolejną podniszczoną kamieniczkę i starą, pomarszczoną kobietę, która nieprzychylnie łypała na niego spode łba, gdy znów doszedł do głównej ulicy, pełnej ludzi i wrzasków. Mruknął z niezadowoleniem – nie przepadał za zgiełkiem i towarzystwem zbyt wielu ludzi – a tu było ich od groma. Postanowił szybko przedrzeć się przez rzekę ciemnowłosych głów z jasnymi zaciekami i rdzawymi plamami.
Gdy udało mu się dostać na drugą stronę i wejść już do spokojniejszej uliczki odetchnął z ulgą, rozmasował boleśnie szturchnięte ramie i ruszył przed siebie.
Lawirował między uliczkami okręgu, które były rozmieszczone bez większego sensu i zastanowienia. Powoli zbliżał się do celu swojej wędrówki, którym był jego pracodawca – książę Arten Mitan; zarządca.
Po pewnym czasie dotarł do dość wysokiego murku z jasnego kamienia. Stanął przed strażnikiem, strzegącym żelaznej bramy przemalowanej na kremowo.
Popatrzył na - ubranego w czarny mundur - żołnierza znacząco. Ten poprawiając spadający mu skórzany hełm zapytał grubym głosem.
- Twa godność panie?
- Kruk. - odparł cicho brązowowłosy. Strażnik lekko pobladł lecz bez zbędnych słów otworzył przed nim bramę do bogatszej części okręgu. Przeszedł szybkim krokiem koło niego.
Czuł się, jakby znalazł się w innym świecie. Uliczki były z jasnych, równo ciętych, małych kamieni, a po bokach stały kamienne donice z rosnącym kwieciem. Co parę metrów stały wysokie pomalowane na jasno żelazne latarnie z daszkami i pojemnikami łatwopalnych płynów.
Gdy porównał to sobie z stanem biedniejszego okręgu, w którym mieszkał całe życie zachciało mu się śmiać. Odganiając jednak od siebie nieprzyjemne uczucie pomaszerował przed siebie, ku górującemu sztandarowi jego pracodawcy, czerwonej fladze leniwie łopoczącej na wietrze z czarnym wizerunkiem jakiegoś mitycznego zwierza.
Dotarł przed kolejną bramę, tym razem pilnowaną przez nie jednego lecz dwóch strażników, o wiele lepiej uzbrojonych. Czyżby książę czegoś się obawiał? Kołatały się myśli w jego głowie.
- Stać! Kto idzie? - odezwał się dość wysokim głosem jak na swą posturę strażnik. Przybysz zmarszczył z lekka brwi. Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni mały, srebrny pierścionek z malutkim, płaskim plasterkiem agatu wtopionym w obręcz. Pokazał go strażnikom.
- Pytam ktoś ty za jeden! - awanturował się dalej strażnik, jakby nie zauważając tajnego znaku, hasła jakiego użył mężczyzna. Ten zaczął się niecierpliwić.
- Pokazałem ci przecież pierścień, czego jeszcze chcesz? - zapytał chłodno patrząc wyniośle na strażnika-idiotę, jak go nazwał w myślach.
- Pf! - strażnik splunął mu pod buty – ten cholerny pierścioneczek nie ma już znaczenia chłoptasiu. Mów kim jesteś i lepiej miej prawo tu wejść bo ma cierpliwość, właśnie się skończyła.
Zdezorientowany mężczyzna odszedł kawałek od bramy, tak by go nie widzieli, po tym jak rozstali się w atmosferze szyderstw. Nie wiedział co się dzieje, zaczęły targać nim wątpliwości, zaczął zastanawiać się czy książę nie zmienił „hasła”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz