środa, 25 maja 2011

Twórczość Własna - Wysłannik Zanthir


Wysłannik Zanthir







Tętent końskich kopyt roznosił się echem po górach Syriavd wśród nagich szczytów, w towarzystwie chowającego się za chmurami słońca. W wysokich trawach dzielnie parło na przód około dwudziestu ciężkozbrojnych koni tocząc pianę z pyska. Na czele oddziału jechał dobrze zbudowany dowódca w kompletnej zbroi płytowej, dzierżąc na plecach miecz półtora ręczny. Jego podwładni byli niewiele gorzej uzbrojeni i w ciszy parli naprzód za swoim dowódcą.
Gdy słońce zaszło już prawie za horyzont konie zaczęły coraz bardziej zwalniać. Ich jeźdźcy byli niemniej zmęczeni lecz nie śmieli się odezwać ni sprzeciwić przełożonemu, gdy ten obrał sobie cel, nic nie mogło go od niego odwieść, tak o nim mówili. W końcu po chwili koń dowódcy zaczął się buntować, zatrzymał się nagle i stanął dęba. Gdy jeździec próbował go zmusić, by szedł na przód ten zarył przednimi kopytami i zaczął trząść głową, rżąc żałośnie.
W końcu dowódca postanowił oddać za wygraną, zwolnił cugle, a koń uspokoił się po chwili, po czym znów, choć z wielkim oporem, poszedł na przód.
- Może jednak odpoczniemy? - do dowódcy podjechał jeden z jego podwładnych.
- No cóż... znajdujemy się w górach Syriavd, tutaj nie ma żadnych wiosek. - odparł grubym głosem dowódca patrząc w oczy swemu podwładnemu, który skulił się na spojrzenie zimnych, błękitnych tęczówek.
- Może w jakimś lesie? - podwładny nie dawał za wygraną, był bardzo zmęczony i najmłodszy w oddziale dowódcy. Mężczyzna w zbroi płytowej westchnął. On też był zmęczony, może nie tak jak jego koń, czy podwładni, ale on też odczuwał zmęczenie po całym dniu marszu, bez jedzenia ani picia.
Na horyzoncie ukazał się rzadki las liściasty, dowódca wziął to za dobrą monetę, skoro jest tu las to są i zwierzęta, a skoro jest tu las i zwierzęta, to jest spora szansa na natknięcie się na jakąś wioskę, myśliwych lub drwali, pomyślał.
- Niech będzie... robi się późno, a słyszałem, że tutaj nocą na otwartej przestrzeni jest strasznie zimno. - odparł dowódca na pytanie zadane dobre kilka chwil temu. Dalszą drogę odbyli w ciszy, najmłodszy jeździec ciesząc się, że przekonał dowódcę, a reszta że wreszcie będą mogli odpocząć.
W końcu dotarli do lasu, słońce już prawie zaszło a wszędzie panował półmrok. Dowódca zwolnił biegu aż w końcu przeszedł do marszu. Drzewa rosły dość daleko od siebie, jednakże posiadały dość rozłożyste korony zabierając całe światło nim dotarło do ziemi. Przestrzeń między pniami drzew wypełniały połamane gałęzie i zeschnięte, bądź zgniłe liście.
Im głębiej się zapuszczali tym ciemniej się robiło i tym drzewa rosły bliżej siebie. W końcu po pewnym czasie teren nie nadawał się już do jazdy konnej, byli zmuszeni dalszą drogę przebyć pieszo a towarzyszył im mrok. Dowódca zszedł z konia, ten zarżał jakby z ulgą na co mężczyzna spojrzał na niego z ukosa. Jeźdźcy poszli za jego przykładem, po czym zapalili pochodnie. Dalej szli piechotą, po pewnym czasie do dowódcy znów podszedł jeden z jego podwładnych, tym razem starszy.
- Może by jednak rozbić obóz? Mamy jeszcze jeden juk z sucharami... - jego głos był zachrypnięty, dawno już powinien przejść na emeryturę, zdaniem dowódcy. Gdy skończył mówić na horyzoncie, między drzewami ukazała się poświata pochodni. Orszak przyspieszył kroku, mężczyzna był pewien, że to jakaś wioska. Pełen nadziei doszedł do tego miejsca, wszedł na wzniesienie i ... zamarł.
Przed nim znajdował się kamienny posąg jego wzrostu, a do niskich dowódca nie należał. Przedstawiał jaszczura siedzącego na tylnych łapach, z głową skierowaną ku niebu i skrzydłami wyrastającymi z barku, zwisającymi bezwładnie ku ziemi, przednie łapy zaś miał spuszczone w dół a między jego nogami została wetknięta pochodnia, która paliła się mocnym, krwistym światłem ognia. Posąg w jej poświacie i wszechogarniającym mroku wyglądał przerażająco, zwłaszcza że w plenerze znajdowały się ponatykane na dzidy ludzkie czaszki, niektóre z śladami zaschniętej krwi.
W oddziale dowódcy zapanowała martwa cisza, nikt chyba nie znał przesłania posągu, ale wszystkich przeraził. Trwając tak nie zauważyli bezszelestnie poruszającej się osoby, która naszła ich zza rozświetlonego w mroku, kamiennego jaszczura. Zaskoczeni i zarazem strwożeni jeźdźcy dobili miecza. Ich przerażenie jeszcze bardziej się utwierdziło, gdy spostrzegli patrzące na nich żółte, przebijające mrok tęczówki z pionowymi źrenicami spod kaptura.
- Czego chcesz siło nieczysta!? - krzyknął niepewnym głosem jeden z bardziej narwanych ludzi.
Przybysz przypatrzył się im, po czym schylając głowę ściągnął kaptur pokazując im swoje oblicze, już bez przerażających kocich tęczówek. Teraz patrzył na nich młody mężczyzna z zawadiacko błyszczącymi, stalowymi oczami spod grzywki krótkich, bladożółtych włosów. Uśmiechnął się nieznacznie, choć oddział dowódcy jedynie opuścił lekko broń.
Blondyn wpatrzył się w człowieka, którego trafnie rozpoznał jako przywódcę oddziału, wnioskując po najlepszym uzbrojeniu i tym, że stał kilka kroków przed oddziałem.
- Pokój z tobą. - rzekł cichym, dobrze słyszalnym, melodyjnym głosem schylając głowę, w znak powitania. To oznaczało, że uważa dowódcę za co najmniej osobę neutralną. Mężczyzna kiwnął mu głową i gestem kazał schować miecze z wielką ulgą w sercu.
- Kim jesteś? - zapytał przypatrując się blondynowi przenikliwie.
- Jestem Suan, Wysłannik Zanthir. - odparł z lekką satysfakcją w głosie widząc zdumienie na twarzach napotkanych wojowników.
- C-czemu miałbym ci wierzyć? - zapytał słabym głosem dowódca, wciąż nie mogąc się otrząsnąć z szoku.
Suan wzruszył niedbale ramionami, znów mu się przypatrując. Po chwili głębokiej ciszy rzekł:
- No dobrze, ja się przedstawiłem a teraz twoja kolej.
- Anarm z Sinvis. - odparł już normalnym głosem dowódca. Suan kiwnął głową w zamyśleniu, zapewne odszukiwał w pamięci znane mu fakty związane z zasłyszaną nazwą.
- Patrząc na wasze uzbrojenie i na to ilu was jest, jestem pewien, że poradzicie sobie z barbarzyńcami koczującymi w środku tego lasu. - oznajmił kiwając głową wykrzywiając przy tym wargi, w parodii uśmiechu. W bladej poświacie pochodni nie mogli dopatrzeć się szyderczego spojrzenia.
- Barbarzyńcami? - powtórzył cicho Anarm jakby nie rozumiejąc.
- Tak. - Suan zwrócił głowę w jego stronę - wcześniej wpatrywał się w posąg, gdy zaczął wspominać o szaleńczym, dzikim ludzie. - Jest ich tam pełno, mnie udało się przemknąć w końcu jestem sam i znam parę sztuczek. - uśmiechnął się jak na wspomnienie dobrego kawału, przez chwilę wyglądał jak demon, gdy pochodnia zapaliła się jaśniej, ale sekundy później znów skwierczała cicho i jego twarz była prawie, że niewidoczna w czeluściach mroku i chłodu bijącego z otaczającej ich roślinności, Anarma przebiegły dreszcze. – ale wy możecie przecież z nimi walczyć, nie?
- Nie widziałeś czasem tutaj jakiejś osady? - zapytał jeden z jeźdźców.
- A widziałeś tutaj jakieś zwierzęta? - odpowiedział na pytanie pytaniem Suan. Widząc zmieszanie na twarzy napotkanych uśmiechnął się dobrotliwie. - Ten las jest przeklęty, nikt tu nie mieszka. - dodał słowem wyjaśnienia. - oprócz barbarzyńców, oczywiście.
W oddziale Anarma rozległ się niespokojny szmer. Dowódca odczuwał ich strach, sam się zresztą przestraszył. Brak jakichkolwiek zwierząt, gdy tu szli, tłumaczył tym iż po prostu wyczuwały ich z dala i uciekały. Jednakże dopiero teraz zauważył, że idąc nie usłyszał ani jednego szmeru czy też nawoływań ptaków.
Nastała cisza. Dowódca nie wiedział co robić, jego ludzie są zmęczeni podróżą...
- Ilu ich jest?
- Hmm... sądzę, że ze stu na pewno. - odparł na pytanie Suan posyłając im zawadiacki uśmiech dopełniony kocimi tęczówkami,które nagle się pojawiły, i spoglądając z rozbawieniem na przestraszonych wojowników, którzy znów dobyli mieczy, wyminął ich z gracją i był nawet pomachał gdy wychodził z grupki ciasno zbitych mięśniaków, ale nikt nie zauważył. Trudno.
Anarm wciąż stał zziębnięty, otoczony mrokiem i szokiem jaki wywołała postać dziwnego blondyna. Zreflektował się, Wysłannicy nigdy nie byli normalni. Pojawiali się nie wiadomo skąd, wprowadzali zamęt do poukładanych wyobrażeń i przekonań swoich rozmówców i porzucali ich w chwili największego dezorientowania, niczym kot, który znudził się już swą ledwo żywą myszą. Byłby rozmyślał nadal, lecz do brutalnej rzeczywistości wciągnął go nagły huk, który ogłuszył na chwilę jego, jak i innych, zmysły.
- Co to było!? - krzyknął mu ktoś koło ucha, zagłuszany przeraźliwym rżeniem koni, gdy spośród drzew dobiegł ich, tym razem, przeraźliwy ryk, ryk tak głośny, że aż zawdzięczał ludziom pod czaszkami i przez bardzo krótką chwilę czuli, że zaraz zemdleją, lecz wszystko minęło tak szybko jak się zaczęło.
- Ten las jest przeklęty, co? - mruknął pod nosem Aizhal, ordynans dowódcy. Anarm rozejrzał się dookoła chcąc sprawdzić czy aby na pewno już się uspokoiło, czuł niepewne spojrzenia swoich ludzi na swym karku, jakby prosiły go o interwencję i co najważniejsze podniesienie na duchu.
- Złe duchy na każdym kroku... - dobiegł go szept.
- Opanujcie się, demony nie istnieją. - rzekł cicho rozglądając się po bladych twarzach, skąpanych w drgających płomieniach pochodni, które pospadały na ziemię. Była jednak w jego głosie fałszywa nuta, która odebrała cały zapewniający spokój wydźwięk, zastępując go jakże niepożądaną niepewnością i nutką strachu.
- Jak rzekł Yawarain, demony nie istnieją, anioły nie istnieją, nie ma magii, nie ma sił, których sami nie jesteśmy w stanie w sobie wyćwiczyć, więc opanujcie się! Chłodny wzrok naszego Pana i Mistrza, Przewodnika i Nauczyciela będzie nam towarzyszył, aż opuścimy tę przeklętą ziemię. - rzekł już mocniejszym głosem, z nowymi siłami, całkowicie pewien tego co mówi, powtarzając mantrę, która wieki temu stała się fundamentem jego, i jemu podobnych wiary, wiary tak silnej iż mimo wielu krwawych, religijnych walk znów trwała silna w swych podstawach.
Wojownicy uspokoili się, zamknęli oczy i trwali krótką chwilę w ciszy, zapewne prosili w swych duszach o skrawek opieki ich wielkiego Przywódcy, którego imię sławi wiele bogatych świątyń.
- Ruszajmy dalej. - szepnął dowódca, nie chcąc niszczyć tej nabożnej ciszy, która ich ogarnęła. Był gotowy stanąć do boju przeciw wspomnianej przez Wysłannika armii barbarzyńców, teraz gdy wstąpiło w niego silne przekonanie, że to po ich stronie stoi ich Pan.
***
Lawirował między pniami, powalonymi drzewami, niskimi i drapiącymi po nogawkach krzewami, z wciąż lekkim zarysem uśmiechu na swej, bądź co bądź bladej twarzy.
- Się z decka wkurzył... - mruknął pod nosem pod rytm tylko jemu znanej melodii, chwilę po tym jak las przeszył przeraźliwy ryk. Zeskoczył z wielkiego głazu i wylądował zgrabnie idąc dalej. Dzięki swoim zdolnościom był w stanie widzieć w zupełnych ciemnościach tak, jakby był dzień. Objawiało się to jednak kocimi tęczówkami, na które napotkane istoty reagowały strachem. Na początku strasznie irytowało to Suana, ale teraz sprawiało mu to wielką radość, widzieć te istoty z trwogą w oczach.
Zmierzał w dokładnie przeciwną stronę niż minięci wojownicy. Może nawet do tego samego miejsca, z którego wyruszyli. Ten las, przeklęty Las Demonów, był jedynym miejscem łączącym góry Syriavd z górą Sanzal, która przechodziła łagodnie w sieć kotlin i jezior. Suan zmierzał jednakże w stronę Syriavdu, dokładniej w jego początki, góry zakończone ostrymi wierzchołkami i kończące się gwałtownie skarpami i urwiskami.
Kolejny ryk przeszył martwą ciszę lasu, Suan na swoje nieszczęście skakał wtedy z powalonego pnia, więc kiedy rozległ się nieoczekiwany dźwięk, ogłuszony nie zorientował się nawet, kiedy jego wątłe ciało uderzyło w miękką, wyścielaną martwymi liśćmi, ściółkę leśną. Zamroczyło go na moment, lecz po dłuższej chwili znów mógł wstać. Rozmasował bolące miejsca i znów utrzymując uśmiech, na granicy kpiny i szyderstwa, ruszył przed siebie, tym razem był bardziej czujny i gotowy na kolejny niezapowiedziany ryk.
Suan nie wiedział do końca czym, lub kim jest stwór wydający takiego pokroju dźwięki. Las przez który się przedzierał, a który robił się coraz rzadszy, przez stulecia był w władaniu barbarzyńskiego ludu mającego w zwyczaju składanie krwawych ofiar poległych wrogów swym bóstwom. Jednym z nich miał być wielki, brązowy smok, który tak przeraźliwie ryczy. Mówi się, że w ten sposób domaga się swojej ofiary i prawie zawsze po jednym ryku umiera paru ludzi w tymże przeklętym lesie.
Dlatego Suan postanowił się ewakuować krótszą drogą, bardziej stromą i pełną wystających pniaków, skał i pozwijanych korzeni, obecnych na całej rozciągłości lasu. Lubił swoje życie takim jakim udało mu się je wykreować. Uśmiechnął się z politowaniem na wspomnienie spotkanych wojowników.

2 komentarze:

  1. To jest genialne (=^.^=)
    Strasznie mi się podobało...
    Pozdrawiam i życzę kolejnych, świetnych pomysłów ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszę się, że Ci się podoba. Naprawdę. Ruchu na blogu nie mam zbyt dużego.

    Kiedy dołączył pierwszy obserwator me serce zamarło, lecz gdy przyłączył się drugi (czyli Ty), istne palpitacje.

    Swoją drogą niezły mam refleks do odpisywania na komentarze. ^_^

    Co prawda miały być jedynie pojedyncze opowiadania, ale ostatnio korciło mnie, żeby napisać kontynuację tegoż jednego.

    Największy ruch opowiadaniowy przewidywany na wakacje.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń